Liczba wyświetleń

piątek, 31 stycznia 2014

Nietypowe życzenia

Od dawna mam dość sztampowych życzeń "wszystkiego dobrego","pięknych podziękowań" i wierszyków sms-owych o kurkach, co to idą sznurkiem... . Nie tylko ja, jak widzę :) Mam coraz większe problemy z akceptacją nowomodnej plątaniny prostych polskich słów z fonetycznym slangiem, w o mało co angielskim w stylu - luknij, jak boje plejają...Mówiłam Ci już, że nie znoszę np. słowa weekend, na swój prywatny użytek mam popiątek :) Piszę piórem, takim atramentowym, ze stalówką :), nawet pisma urzędowe i dokumenty aplikacyjne. Kaligrafia nie kojarzy mi się z Japonią i patyczkami, ale z kałamarzem i stalówką na moim własnym biurku. A mowa polska - z wyraźnymi końcówkami, wieloma czasami, tymi wszystkimi azaliż, aczkolwiek i innymi perełkami, które tylko my znać możemy. 

Jan Polkowski napisał niedawno:

Leczę się polszczyzną (...)

Polszczyzna odwdzięczy się - ocali dla nas niedotykalne warstwy świata, których bez niej nie dostrzeżemy. Ocali w nas ludzi...

Tym samym mój język jest dla mnie. Wytchnieniem, zrozumieniem, nazwaniem. Bez obcych naleciałości, z szacunkiem dla przeszłości.
Zdarza mi się popełniać pisanki na zamówienie, jak ta poniżej. Niektóre wysyłam mailem, inne, pisane piórem, w twardej okładce, pocztą. Są od początku do końca wymyślone, albo mają cytat - motyw przewodni, wszystko jest kwestią gustu. Wszystkie za to są na zadany temat, dla kogoś, o kim choć troszkę muszę wiedzieć.
Jeśli chcesz, napiszę też dla Ciebie, indywidualnie, inaczej, po staropolsku (z załączonym tłumaczeniem :)). 
Z okazji urodzin, świąt, ślubu, kłótni z sąsiadką, podziękowania dla pani w sklepie i prośbę do kominiarza, żeby w nowym roku sprawdził też komin, a nie tylko przyszedł po datek.



I, jeśli mogę Cię prosić, nie powielaj moich podziękowań bez konsultacji ze mną. Proszę :)

wtorek, 21 stycznia 2014

Marta




Marta, córka mojej córki, moje drugie, największe kochanie.... od dziś....

sobota, 18 stycznia 2014

Matematyka

Pierwsza lekcja matematyki w liceum - w całości po francusku, jakby była jeszcze zbyt mało skomplikowana :) 
Topologia - pojęcie zrozumiałe, bo nauczyciel, który nas tym uraczył, nazywał się Topol :)
Całka - a jakże, taki mały robaczek przed cyframi :)
Wzór na rozproszenie (sic !) - a tak, znam i tak mądre stwierdzenie... tyle, że nie miałam pojęcia, że to, co się ze mną dzieje, można wyrazić piętrowym wzorem :)
Matematyka dyskretna - to na pewno ciche liczenie na kogoś
Logika - ach, umyka :)
A czemu taki dziwny wpis popełniam? Otóż, mimo, że tak długo mnie nie było, czytaliście dalej moją pisankę, nie zostawiliście mnie samej i jest już...


                                                                       wejść...
Matematyka to podobnież królowa, dla mnie ma mniej więcej taki wygląd:



 To oczywiście Cate Blanchett w "Elisabeth", jednocześnie dziewczęca i majestatyczna, przecudownie królewska...

A ja, cóż, kłaniam się nisko i uśmiecham z niewiarą, że aż tyle razy zechcieliście dać mi to, co dla człowieka najcenniejsze - swój czas.
zdjęcia z sieci

wtorek, 7 stycznia 2014

Ludzie z....?

Wiesz, że w mojej wiosce mieszkają głównie ludzie ze Wschodu, przesiedleńcy z dawnych lat i ich potomkowie. Dotykasz tego świata od niedawna, nie do końca ze swojej woli i pytasz mnie, bo, jak Ty, też jestem z daleka, liczonego nie tylko kilometrami, dlaczego są właśnie tacy, skąd tyle niechęci, zamknięcie w swoim widzeniu rzeczywistości, pozbawionym na pozór ufności i akceptacji inności. Mówisz, że przyczyną jest miejsce, z którego przybyli, czy raczej cechy, które podobnież są mu przypisane. Neguję z uśmiechem, bo przecież mówisz o mojej rodzinie… ale Twoje słowa drążą korytarze w moich myślach i, jak to zwykle czynię w takich sytuacjach, muszę się z nimi „rozprawić”.
Być może masz trochę racji, widać w nich pewną zaciętość, ciemną stronę zamierzchłych przodków, cień siły, która nie pozwalała zginąć w bezkresnych stepach. Pamięć decyzji rodziców, którzy wybrali nieznane, porzucili codzienność i ruszyli na zachód, bo tam, skąd wyszli, czekała na nich tylko śmierć. Pod toporami i piłami do drzewa, ta ostateczna, nieodwracalna i ta, która zostawia życie, a zabiera tylko człowieczeństwo. Nawet tutaj wlokła się za nimi strefa cienia – miejsce urodzenia: ZSRR.
Górale, Ślązacy, Kaszubi – jak wiele innych nacji mają swoje życie, swój świat, archetypy, symbole, bajki, normy i spojrzenie na inność. Ale tylko oni, ludzie z Kresów, musieli porzucić wszystko, co stanowiło ich punkty odniesienia – od spotkania tuż za rogiem, zbiegiem dwóch znanych od dziecka uliczek, przez niedzielną drogę do kościoła na górce, gdzie chrzczono i przy którym grzebano ich dziadów, po odległość z domu do stolicy. Kolejny w historii naród wędrujący, tylko przed nimi Bóg postawił taką drogę, a ich przed taką próbą.  Nie szli w poszukiwaniu dobra, tylko bezpieczeństwa, nie z własnej woli, a obcym nakazem, a to zrodzić może tylko nieufność.  W tym mogę się z Tobą zgodzić. Ale czy ci, którzy byli tu zawsze są inni? Bardziej otwarci? Czy czekali na wędrowców z uśmiechem na ustach, radością i chęcią poznania? Czy Ty, przenosząc się do Siemiatycz, familoków Bytomia, na podhalański gronik, od razu będziesz swój, a oni Twoi? Nie, na pewno nie i przyczyną nie będzie genius loci miejsca, z którego wyszedłeś, ani tego, w który trafiłeś.
Raczej to, co w człowieku najmocniej zakorzenione, a co głównie determinuje wybory – jego słabość, wynikająca głównie z niewiedzy, a coraz częściej, niestety, z niechęci poznania. Niestety, bo grzechem nie jest nie wiedzieć, a dopiero nie chcieć wiedzieć… Wszyscy grzeszymy zaniedbaniem, stosując słowa - wytrychy: ten to złodziej, tamten pijak, ta lekko się prowadzi, ten jest głupi. Nie dotykamy, nie rozumiemy, zamykamy się w swoim, pozornie bezpiecznym światku i życzymy sobie, żeby nic się nie zmieniło, bo w tym, co nazwane na miarę możliwości, mamy oparcie… czyż nie?
Cygan – złodziej, tabor, wróżby; Góral – ciupaga, okowita, halny; Ślązak – gruba, szychta, kilof; Mazur – gdzieś nad jeziorem, jachty, pomosty i szkwał.. i tak dalej. Jakież byłoby to proste, gdyby chciało być prawdziwe!
Nie jest, bo za każdym z tych wytrychów nie chowa się jakaś bliżej nieokreślona, jednolita masa, tylko zwykły, pojedynczy człowiek, który – jak my – nie miał żadnego wpływu na miejsce swego urodzenia. Nie determinuje ono też późniejszego życia i dokonywanych wyborów, nawet, jeśli mieszkając na Śląsku, zostaniesz górnikiem, czy mieszkając na wsi – będziesz uprawiał rolę.
A ludzie, w moim odczuciu, dzielą się na tych, którzy poznają, uczą się każdym doświadczeniem, myślą i wyciągają wnioski, by ostatecznie uznać, że „wiem, że nic nie wiem”, co budzi pokorę i tych, którzy zamykają się przed wszelkim poznaniem, stawiając się na piedestale doskonałości własnej, co jest zalążkiem pychy i buty. Tych, którzy przed prawdziwą wielkością chylą czoła i tych, którzy nie próbują jej zrozumieć, ale, czując coś na kształt upokorzenia myślą o własnej, możliwej niedoskonałości, starają się sprowadzić ją do banału, czy absurdu i w ten sposób zwalczyć własne kompleksy.
Tych, którzy smakują słowa, odkrywając ich znaczenie i moc, których ego wrażliwe jest zarówno na piękno, sens i półtony i tych, którzy prostym zestawem przypadkowych wyrażeń fechtują, jak cepem, a na kolana powala ich ten, co z czynu społecznego, miast sztychówki, przyniósł taczkę – bo to przecież nie kradzież, a większa zaradność…
To różnica między ciekawością i szacunkiem do odmienności, w oparciu o własne, sprawdzone odnośniki, zwyczaje, tradycję, a barbarzyńską siłą narzucania jej akceptacji, wśród krzyków o tolerancji.
Mówisz: w dzisiejszych czasach… trudności… inny świat… inne życie…
Ale czy na pewno tzw. dzisiejsze czasy są aż tak inne, niż lata, wieki temu? Czy aż tak determinują tylko nasze zachowania?
Przecież mężczyźni nadal polują na mamuty, budują szałasy, sieją i zbierają plon, choć ich łupy sprowadzają się dziś do szeregu cyfr odczytywanych w bankomacie za pomocą małego kawałka plastiku. Hałaśliwie konkurują z innymi o prymat – przy klawiaturze komputera, na sali wykładowej, w tartaku, na rybach, parkingu przed firmą. Moja maczuga jest większa-lepsza-skuteczniejsza.
Kobiety nadal rodzą dzieci, wychowują je, czekają na swojego wojownika. Praca zawodowa w większości jest koniecznością, traktowaną, jak przedłużenie zamiatania sionki, a nie wyborem, dającym poznanie, wiedzę, przemyślenie.
Guru nie jest już starzec, wyśpiewujący dzieje rodu, aż od jego zarania – vide „Korzenie” Huxley’a, czy, bliżej nam, „Ennemy of mine” Petersena – ale zarozumiały pyszałek w telewizorze, produkt speców od zarządzania tymi, którzy nie chcą wiedzieć.  Ale przecież sterowanie bezwolnym tłumem też nie jest wynalazkiem „naszych czasów”…
Czy więc różni nas cokolwiek? Wiedza? Nie, bo przecież nie zdyskredytujemy wynalazcy abaku, koła i perspektywy tylko dlatego, że nie posługiwał się Internetem. Styl życia? Azaliż nie było kiedyś mody, uczt, postów, wyjazdów i powrotów, codziennej pracy i czasem odpoczynku? Rozpusta, pornografia? A cóż począć z Neronem, Messaliną, całym rokoko i carycą Katarzyną, nie zapominając o czasach stanisławowskich? Technika? Przecież Leonardo wynalazł nawet mikser, tylko facet od prądu urodził się za późno :)
Nihil novi sub sole, jak dawno temu uznał Kohelet i mógłby to rzec dziś.
Zmieniają się tylko pozory, otoczka. Umyślny nazywa się dziś e-mail, a lektyka jest promem kosmicznym. Jakkolwiek i gdziekolwiek sięgniesz wstecz, tam jest tylko człowiek. Z sercem oplątanym kłaczkami zwątpień, słabości, przyspieszonego, czy wolnego rytmu, z umysłem pełnym rzeczy wzniosłych i podłych. Z całym blaskiem i marnością swego istnienia. Nieistotne skąd pochodzi i dokąd idzie, czy jest świadom swego przeznaczenia. Człowiek, który popycha świat do przodu i ten, który jest tylko bezwolnym przekazywaczem genów. Jest, trwa. W prawości i zdradzie, w wiedzy i mizerii umysłowej, w szacunku i nienawiści. Tacy sami, choć każdy inny.
Dlatego właśnie odrzucam stereotypy i szufladki. Szukam w przeszłości dzisiejszego człowieka i chcę znaleźć jak najwięcej porównań. Te, które już odnalazłam pomagają mi znaleźć swoje miejsce w szeregu ludzkich bytów. Bo świadomość, że nic nowego… historia kołem…wszystko już było… niweczy próżność i poczucie wyjątkowości, pomaga pojąć, acz nie wybaczyć, błędy, które popełniłam. Zrozumieć ludzi, świat, sztukę, politykę – na miarę mojego ułomnego, zwykłego umysłu.
A jeśli pamiętam o przesiedleńcach z Kresów (re-czy może raczej ekspatriacja??), to tylko dlatego, że ja, wnuczka urodzonej w Stryju Stefanii, kupiłam dom daleko od miejsca, w którym wyrosłam, od Stefanii ze Stryja. Moja Babcia przyjechała z Kresów z trójką dzieci i kozą żywicielką, ja, do nowego – starego domu z kozą, prezentem od przyjaciół. Najstarsi synowie obu pań mieli na imię Zbigniew i odeszli wtedy, gdy cały świat był ich… a ze stosu starych gazet w piwnicy, w tym domu pełnym śladów przeszłości, do malowania na złoto orzechów na pierwszą tu choinkę, wyjęłam tę ze zdjęciem niemedialnego kolegi, którego poznałam na początku mojego dorosłego życia. Załóżmy, że to przypadek i „Teoria profesora Meadowsa” nie ma z tym nic wspólnego :)
Człowiek i tylko człowiek. Resztę już wynaleziono.


poniedziałek, 30 września 2013

Chłopięce zabawy

http://www.youtube.com/watch?v=Ac7gBOGkZ8s
http://www.youtube.com/watch?v=4PkJjvLi4EQ



Posłuchaj, proszę. Tak się bawi w bębenki i nie tylko syn moich przyjaciół :) właśnie nagrali pierwszą płytę.




Domy


Dom pierwszy, na dawnej Bauerseite, dziś ulice nie mają tu nazw. Na początek salon. Zważ na łukowate sklepienia i szeroki łuk, dzielący pomieszczenie na 2 równe części. Najbardziej intrygująca jest akustyka tego pomieszczenia. Podobny efekt słyszałam w teatrze Goethe'go w Weimarze, od niedawna można go spotkać w auli liceum im. Mickiewicza w Katowicach, a ogólnie znany jest ze starożytnych teatrów greckich. Konstrukcją ścian i rodzajem materiałów wykończeniowych uzyskuje sie nieprawdopodobny efekt - dźwięk wzmacniany jest tylko w jedną stronę, ze sceny ku publiczności, na widowni słychać szept ze sceny, na scenie niewiele dźwięków dochodzących z widowni. To podobno akustyka, dla mnie czary-mary, no bo jak tynkiem uzyskać dźwięk?? :)
Łysiak pisał w "Uchu", części "Wysp bezludnych" o amfiteatrze w Epidauros, fenomenie starożytnej akustyki, zaprojektowanym przez Młodszego Polikleta: "na jego podniebnym krańcu słychać wyraźnie najlżejszy szept lub szelest z orchestronu. Nie wiedomo za pomocą jakich czarów antyczny konstruktor uzyskał taki efekt i to na otwartym powietrzu - współcześni architekci mogą sobie pomarzyć". A zważ, że pisze to człowiek z doktoratem z architektury, o teatrze założonym około 330r. przed Chrystusem...
Wyobrażasz sobie, że namiastkę tej sztuki mamy w Rozumicach? Najpewniej, gdyby znaleźć czarodzieja, powiedziałby, jakich nowomodnych sztuczek użyć, żeby wróciło to, co było, kiedy to pomieszczenie ukończono budować. Teraz w salonie mojej Moniki mieszka echo pospołu z pogłosem....i to tak, że jak położysz się na kanapie, słyszysz biegające dzieci nad sobą, na pietrze, a nie, jak w rzeczywistości, na ulicy...I na początku Monika sie tego bała :)

A tu jesień już....

Nagadała mi Anka-Krakowianka, że blog zarósł mi pajęczyną.. Tak, teraz co rano są na niej kropelki rosy :) Pomyśl, jak wyglądałaby moja pajęczyna, gdybym była pająkiem. Na pewno nie oś nitkowego koła ze szprychami. Na mojej byłyby metalowe dzwonki, parę książek, jakiś film, koza, żeby było ciepło (rzecz jasna piecyk, nie tak, jak kiedyś kolega, któremu opowiadałam o zawiłościach życia na wsi i na moje - poza centralnym jest jeszcze koza, zapytał z bezbrzeżnym zdumieniem: ŚPISZ Z KOZĄ????), A konstrukcja raczej mało okrągła, wykończona chropowatym tynkiem. Z kwiateczkami namalowanymi przez Monikę. Właściwie w takiej właśnie pajęczynie żyję cały czas i dobrze mi z tym. Czasem myślę jeszcze tylko o fosie, żeby złe utonęło w przedbiegach :)
Coś w tym jest, rzeczywiście, jakoś zaginęłam w codzienności. Wiesz, zbieram chrust na zimę, zatykam szpary watą i gazetami, słoiczkuję śliwki i jabłka oraz sok z czarnego bzu, zbieram tysiące orzechów, które lecą, jak grad... takie tam babskie przygotowania do półrocznego niebytu. Ale na pewno całkiem nie znikam, trochę się tylko opatulę i wrócę. Uśmiechy




 zamyślone kaczki planują trasę...



i robią próby silników przed odlotem

czwartek, 30 maja 2013

Domy umierają stojąc...



 Realizm z farsą, farsa z tragedią... Tak ponoć jest u Alejandro Casony, którego tytuł sztuki przypomniał mi się, kiedy zobaczyłam to, co chcę ci dziś pokazać. Tu jednak nie ma farsy, jest realizm i przemijanie... Popatrz, każdy z tych domów ktoś wybudował, kiedyś, dawno temu. Stawiał ściany dla tych, których kochał, cegła po cegle, bez betoniarek, metalowych rusztowań, kredytów, wynajętych firm... Stawiał ściany, wstawiał okna, w których wcześniej wyrzeźbił szprosy. Postawił piece, na podłogi przybił deski. Jakaś kobieta wieszała obrazy i bawełniane firany, po praniu rozpinane do wysuszenia na drewnianej ramie... Obrazy na górnych hakach lekko odsunięte od ściany, bo Matka Boska doskonale chroniła domowe skarby, schowane za zdobionymi ramami... Tu potem żyli, jak ty, ja... Z codziennymi radościami, troskami i obowiązkami. Tu rodzili się wśród radości i umierali w czyimś żalu... Przeminęli, choć zdawało im się, że będą żyć zawsze, a ich domu zostaną dzieci, wnuki... Odeszli, teraz odchodzi ostatni ślad po nich...
Puste ściany, zniszczone okna, zawalone dachy... Jeszcze trwają, jeszcze resztką sił w gasnących mocach starają się, zrezygnowane, postać choć jeszcze chwilę... Już nie wierzą w cud...














Rozumice, Boże Ciało





Malutkie, przydrożne kapliczki,  zawsze z kwiatami wewnątrz, czyściutkie, odnawiane, zadbane, jak niewiele rzeczy wspólnych... Dziś w pełnej krasie, z kobiercami ułożonymi o świcie. Kiedyś dywany kwietne układano na całej trasie procesji, dziś tylko przed nimi i kościołem. Pogoda nie rozpieszcza, kwiatów w ogrodach prawie nie ma, ale zobacz, jak piękne rzeczy można zrobić właściwie z niczego... Żółte szczodrzeńce i jaskry, białe pompony kaliny, płatki pigwy, margaretki, ciut wczesnych piwonii i koszona trawa - przepis na zachwyt :)
A życie to też tylko trochę drobiazgów, uśmiech, czułe spojrzenie kogoś, kto cie kocha, motyle w brzuchu, trochę złości, myśli przedziwnych... I tak trudno odnaleźć w tym sens....