Liczba wyświetleń

wtorek, 23 lipca 2019

????!!!?????




to jest niewyobrażalne po prostu ;)

Moi mili, którzy czytacie moje bzdurne pisanki, jest Was tylu, że ja nie umiem do tylu liczyć!
Ujawnijcie się, proszę. Wiem, "nie wiem, co napisać", "bez sensu, zobaczę lepiej, co inni napisali" ;)
Wyślijcie choć internetową buźkę z nazwą miasta, w którym mieszkacie, proszę, proszę :)
Dla mnie to niepojęte, że czytają to ludzie w miejscach, których nigdy nie zobaczę, które znam z książek... Nie mam telewizora, bądźcie, proszę, moimi mediami :) Tak bardzo chciałabym zobaczyć, że to nie internetowe algorytmy, tylko WY. Napiszcie w komentarzu chociaż nazwę miasta, choć kraj, z którego pochodzicie. Proszę najpiękniej, jak umiem :)
Zacznę, być może tym samym skończę ;)

Baba to ta z tyłu, z przodu moja lepsza wersja - Mniejsze Duże ;)




 Większe Małe i ja





Ptak










w ręku zielony badylek, czyli rzecz o babie i ptaku


Zagnieździła się Baba w życiu z Ptakiem, znów łapała szczęście, które skakało radośnie i unosiło się wokół, przypominając malutkie, kolorowe, uśmiechnięte bańki mydlane. W piecu strzelało drewno, ciepło żywego ognia dawało siłę i wyszukiwało w ich duszach prawdziwą wiarę, nadzieję i miłość, wyciągając je na zewnątrz za uszy. Baba zbierała zioła, suszyła, fermentowała, mieszała w miedzianym kotle i coś sobie mruczała pod nosem. Wiedziała, co robi, skończyła kiedyś Szkołę Tajnego Mieszania w Lewo, a Ptak jadł, pił, kąpał się w tym, aż pewnego dnia zadał Babie Pytanie. Baba, jak to ona, zamiast rzewnego „tak”, okrutnego „nie”, albo przynajmniej „pomyślę o tym jutro”, z bezbrzeżnym zdumieniem spytała: ale dlaczego??? Oj, kochał Ptak Babę okrutnie, a znał ją jeszcze lepiej, bo spokojnie powtórzył Pytanie...osiem razy. Durna Baba.
Przez kilka dni siedziała cicho, a w środku jestestwa samo wszystko mieszało się w lewo. Potem w prawo. Potem bulgotało i strzelało gejzerami. A na końcu Baba pękła i rozprawiła się z tym sztormem na piśmie, bo tak jej wychodziło najlepiej:

Podajesz mi dłoń, drugą nakrywasz moją, w twoich oczach widzę łzy. Byle nie mrugnąć, bo nic ich nie zatrzyma i okaże się, nie będzie się dało dłużej ukrywać, że masz serce...
Czuję spracowaną nierówność palców, ostre brzegi paznokci i ciepło. To samo, którym otuliłeś mnie już dawno temu, którym oddzieliłeś mnie od niezrozumiałego świata potłuczonych luster.
Rozumiesz, że są dni, w których milknie wewnętrzna muzyka, kiedy każdy krok, gest, ruch jest szeptem. Byle ciszej, byle ciemniej, żeby nikt się nie zorientował, że jeszcze tu jestem.
Dajesz mi wtedy 2 kasztany, albo drewniany kwiatek, czasem spinkę do włosów z różowym serduszkiem i znów wschodzi słońce, a ja się go nie boję.
Gładzisz wnętrze mojej dłoni szorstkim kciukiem, a ja czuję dotyk małego chłopca, którego przez lata obudowałeś męskim ciałem, poczuciem odpowiedzialności, silą, stanowczością i słabością, przypisaną człowieczeństwu. Zbudowałeś pancerz, który ukrywa świadome i tajemne potrzeby, braki, dawno pogrzebane nadzieje, które przekułeś w ogrom miłości którą mi dajesz bez zbędnych słów i gestów.
Odsłoniłeś przede mną swój miękki brzuszek, nie martw się, nikomu nie powiem, że go masz. Ci, którzy widzą, a nie tylko patrzą, zobaczą go w jasności, którą we mnie odkryłeś, a której nie umiem i nie chcę już ukryć.

"uroczyście oświadczam, że... "

daję ci siebie, moją wiarę, nadzieję i miłość. Małe serce, oplatane pajęczyną zwątpień i słabości. Wszystkie moje kamyki, nawet ten z Ajaccio, o który na pewno potknął się Napoleon, ucząc się chodzić. Butelkę z piaskiem z trzech mórz i jednego oceanu. Moje strachy na wróble, patykowe szaleństwo i fikołki na barierce przy drodze. Każdą książkę, którą muszę skończyć, zapominając o praniu, sprzątaniu, gotowaniu i paru innych, które coraz silniej i mocniej przykuwają mnie do zimnej ściany dorosłości.
Anioł otula moją duszę, kiedy kładziesz u moich stóp pełne czułości spojrzenie, dłoń, wyrzeźbioną w starej desce, wiązanki polnych kwiatów, w których każda warstwa przewiązana jest źdźbłami traw. Wtulam twarz w miejsce, w którym bije twoje serce, a silne ramiona obejmują mnie jak pas ratunkowy
"...z obecnym tu..."

Tu - w moim sercu, w duszy, trzymającego za rękę małą dziewczynkę, którą dawno temu schowałam głęboko i której nigdy się nie pozbędę.
Jesteś przy mnie, w każdym oddechu i uderzeniu serca. Wśród jarzębinowych ścian i w autku, pędzącym w siną dal. I w niebie, które widzę przez maleńkie okienko samolotu.
Każdego dnia, tej miniaturze życia, w której budzę się o świcie wtulona w ciebie. Wracam z niebytu nocy, jestem silna, pełna życia. Popołudniowa słabość zdaje się tak odległa, a nocne odchodzenie w niebyt wręcz nierealne. Znów wtulam się w ciebie i szczęśliwa, znikam w niebycie. Jesteś.
Trwasz przy mnie Dzisiaj, bo Wczoraj zniknęło, a Jutra nie ma. Kiedy obudzimy się o świcie, znów będzie Dzisiaj i tak plany na Jutro diabli wzięli. Jesteś każdym moim malutkim życiem.

"i ślubuję ci..."

Być kobietą, którą we mnie zobaczyłeś, a potem wyciągnąłeś z czarnego dołu bezsilnej walki o codzienność. Jak tylko ty potrafisz - bez słowa, podając silną, stanowczą dłoń i patrząc w sam środek mojego jestestwa.
Będę piekła małe, brzydkie, przypalone ciasta, które oskrobiemy nożykami, podjadając kruszki. Zamkniemy słońce w zakręcanych przez ciebie słoikach, rozświetlą mroki zimy.
Każdego dnia będę niecierpliwie czekać, aż wrócisz z pradawnego, przypisanego wyłącznie mężczyznom, polowania na mamuty, które na przestrzeni dziejów zmieniły się w male, plastikowe prostokąty, wydzielające porcje świeżego mięsa przy bankomacie.
Będziesz mnie rozśmieszał tymi krótkimi, ciętymi ripostami i opowiastkami pełnymi absurdalnej abstrakcji, jedynymi łaskotkami jakie posiadam.
Posłucham twego milczenia i zrozumiem, że tkwiące w mężczyźnie emocje są nienazywalne i potrzebują tylko dotknięcia palcem policzka, albo tego miejsca, w którym spotykają się kości obojczyka, wsunięcia dłoni za kołnierzyk, na samej krawędzi karku. I już są oswojone, przestają grozić i straszyć.

"...w związek małżeński..."

W to kruche splątanie dusz, efemerycznych, ulotnych i wiotkich. Zaklętych w małych kółeczkach z litego dębu, malachitu i lapis-lazuli.

"...miłość, wierność i uczciwość..."

Zamknięte w szacunku do ciebie i siebie. Naszej odrębności i tej części, w której tworzymy nasze Razem. Nie cielesne, ale to, które mieszka w sercu.
Ciało to tylko ubranie dla duszy, myśli, emocji, uczuć wszelakich. Coś, co można oddać tylko wtedy, gdy już wtulają się w siebie dwa istnienia.

"...zgodne, szczęśliwe i trwałe..."

Stary, drewniany stół w buduarowej kuchni, mosiężna lampa z ciepłym kloszem z Murano, wisząca tuż nad nim. Maluje na naszych twarzach ciepłe cienie, tworząc renesansowy kadr. Leżące, przeciągające się u naszych stóp psy i koty.
To tylko chwila, ale widzę w tobie szczęście. Ty wiesz, że jest ono tylko kompilacją drobnych chwil, momentów, widzisz je, czujesz, kreujesz.
Obydwoje wiemy, że czekanie na cud czyni życie ślepym i jałowym. Sami składamy go z drobiazgów,szczęśliwe chwile nawlekamy na rzemień życia, jak Indianin skalpy. Zdobycz największa, dotyk absolutu.
Tylko tak, słuchając siebie nawzajem i siebie samych, zbudujemy opokę.

"...i że cię nie opuszczę..."

Życie nie jest specjalnie przewidywalne, a Nemezis karze ludzi, spełniając ich życzenia. W moim sercu wybudowałeś, wytynkowałeś i pomalowałeś pudełeczko, w którym zamieszkałeś na zawsze. Zawierucha może nas rozdzielić, ale nie ma mocy usunąć cię z miejsca, które ci dałam.
Już zawsze będziesz trzymał za rękę moją małą dziewczynkę, która wesprze się na tobie, chodząc po krawężnikach życia”.

Zaczęli stare-nowe życie, łapiąc te śmieszne, szczęśliwe bzdurki, Baba nie spadała już z żadnych obrzeży, czasem się potykała, jak to Baba, ale skrzydła Ptaka były zawsze w pobliżu. Choć czasem łapały ją dopiero przy samej ziemi, bo to żartowniś był i lubił, jak Babie oczy robiły się coraz większe. Żyli tak, że wszyscy przemytnicy fałszu i obłudy okrążali ich dom szerokim łukiem, a każda bezradna istota wpełzała przez dziury w braku płotów i właziła na kolana, pełna ufności i wtulała paszczę pod pachę, zasypiając bezpiecznie w jednej chwili.
Baba też była bezpieczna, a przynajmniej tak się jej wydawało. Dzielnie opuszczała most zwodzony, otwierała wielką kratę, brzydką bramę i już nie nikła, nie malała, nie kurczyła się w sobie. Skrzydła Ptaka otaczały ją pewnie, nawet, kiedy on sam był daleko. Przypomniało się Babie, że przed nią wielka skala czynów ogromnych, błysnął pomysł w szczęśliwych oczach i ruszyła zdobywać siebie.
Pojechała do Poplamionej Farbkami Jamy, w której od dawna słychać było śmiech, szelest książek i muzykę. Wszystko to, co Baby lubią najbardziej, w czym, odsunąwszy na bok stertę kredek, farbek, bibułek, pędzelków, klejów, nożyczek i przydasiów („nie wyrzucaj, to się jeszcze przyda”), znajdują swój sens. Już od progu usłyszała radosne: Titititi, Babo – uśmiech – titititit, titi, ti-ti-ti – kolejny uśmiech – przyjdź znów! - serduszko. Balsam dla duszy, tak się to ponoć nazywa.
Oj, pomyślała, bo wiedziała, że titititanie, to tajemny język straszydeł wszelakich. Była już jednak Babą z dystansem, zajrzała więc raz jeszcze, ukłoniła się nisko Dzieweczce z Krainy Czarów i kichnąwszy dwa razy, powędrowała swoją drogą.
Los dał jej i wpadanie w głębokie dziury, i zdobywanie szczytów, a po drodze podziwianie widoków, nie dziwiła się więc już niczemu, choć czasem mało rozumiała, jak to Baba.
Dróżką na skuśkę wśród kwitnących rzepaków, zbierając badyle na kolację dla Ptaka, doszła do Wysokiego Zamczyska. I stał się dziw – giezełko z zapaską, w które już dawno wrosła, było w kolorze ścian, dywanów, w odcieniach stor i obrusów, lśniło blaskiem świec z kandelabra na fortepianie. Pachniało świeżą kawą, ziołami tęsknotą za zamierzchłymi czasami.
Zachłysnęła się Baba, zachwyciła, a zza wysokich malw wyszedł Acan z jagnięciem na rękach. Zamiótł kapeluszem pawiment przed Babą i podał malutkie, opuszczone nieszczęście, czyniąc z niej pomysł na owcę. Kim w tej chwili został Ptak, lepiej nie myśleć. Zaszczebiotała Baba czule do jagnięcia, dworsko do Acana i jedną częścią człowieka zamieszkała w Wysokim Zamczysku. Swoją Chatkę na Kurzej Łapce kochała najbardziej na świecie, ale tu, obok fortepianu, „Dziewczyny z perłą” i wariacji na temat „Bukietu” Muchy, tej definicji kruchości kobiety, był ogień w kominku, barokowy szezlong, ciasteczka z kutii i rozmowy, rozmowy, rozmowy. O wszystkim i niczym, pomysłach niebywałych, o których Acan opowiadał tak, że zdawało się, że nie o planach wielkich, przewrotnych, a o planowanym obiedzie na jutro prawi. „Czyń Babo honory, wsiądź na karego i pędź, bo tu znajdziesz siebie” - rzekł, kiedy już się nagadali.
Babie nie trzeba dwa razy powtarzać, że coś jednak umie, że może, że jej jedno, maciupeńkie życie może być aż tak piękne. Popędziła, z tym, że do Ptaka. Z jagnięciem na ręku. A Ptak, nie znając Acana, ani Wysokiego Zamczyska, przygarnął nową bajkę do serducha, bo wystarczyło, że rozpromieniła mu Babę.
Teraz piekła chleb, pichciła mięsiwo smalczyste i herbatki z chwastów, piekła podpłomyki i tańczyła w Spichlerzu. Śpiewała refren o baranku, bo reszta pieśni jej nie zachwycała, a jagnię zawsze było u jej boku. Siedziała z dziećmi na drewnianym progu, maluch pił mleko z butelki trzymanej w rączkach szczęśliwych brzdąców, słuchała ich opowieści i sama opowiadała bajki. Te prawdziwe, które działy się wokół i czasem wymyślone, bo bajka być musi i nigdy nie wolno z niej wyrosnąć.
Tańczy Ptak z Babą, ona w lnianej sukience w wielkie kwiaty, on w tunice z Kragelund, bo duch w nim bojowy i miękkość tylko Babie okazać umie. Acan strzela radośnie z bykowca, a Młodzian przygrywa na piszczałce. Wiotka Białogłowa spogląda na nich z uśmiechem zza firany w Zamczysku i zbiera się na odwagę, żeby dołączyć do tej gromadki dziwaków, którzy nie boją się żyć. A zza płotu słychać śmiech i pokrzykiwania gawiedzi: Wpuście nas! Też chcemy tańczyć i śpiewać, biesiadować radośnie!
Otworzyli wspólnie wrota Zamczyska i pojaśniało, już nie tylko Młodzian przygrywał, ale kapela cała, a oni żyli, żyli, żyli tak, jak nigdy dotąd. Przaśnie, swojsko i pysznie. Z piętra lekko zbiegła Białogłowa i, z kwiatami w dłoni, wtuliła twarz w napierśnik Acana. Spojrzał z uśmiechem na Ptaka, trzymającego mocno Babę i obydwaj poczuli siłę, moc, spełnienie i szczęście, do czego oczywiście nigdy by się nie przyznali. A może i tak.
Oj, Babo, Ptaku, piszcie dalej swoją opowieść od serca, z drobinek składajcie wielkość, czujcie, myślcie, przeżywajcie najmniejszą chwileczkę tak, jakby była bezmiarem. Nigdy nikogo nie udawajcie, nie dopasowujcie się do tego, co inni nazywają „dorosłym życiem pełnym obowiązków”, pozbawionym radości i miłości, dobra i przygód. Niech Chatka na Kurzej Łapce i Wysokie Zamczysko będą ostoją i dadzą schronienie, a jak się napatoczy Inne Bajeczne, łapcie w dłonie i skrzydła, bo los ma dla was jeszcze wiele piękna, wie, że potraficie je widzieć, odruchowo odsuwając zasłony zła. A ono też jest potrzebne, gdyby go nie było, trudno byłoby zauważyć, że jest dobrze. Żyjcie tak, jak potraficie najpiękniej, a nagrodą będzie uśmiech dziecka, ufność jagnięcia, zasypiającego na kolanach Baby i potykaczki rzucane wam pod nogi przez tych, którzy się boją.
Ptak, po słowach Baby: Piękne, ja tak nie potrafię, choć umiem wiele
Baba, po słowach Ptaka: Słowa nie są potrzebne komuś, kto umie pokazać
Acan z Białogłową: Kiedy będziecie? ♥