Liczba wyświetleń

niedziela, 11 listopada 2018

niepodległa grajka, niepodległa pelagia





Bóg dał żyć w czasach wielkich. Historycznie niebywałych, osobiście emocjonalnych.Od ruskiego horroru, do 100-lecia niepodległości. Od chasydów przed '68, do chwili, gdy młodych ludzi, z pejsami pod rondami kapeluszy, widuję na każdym lotnisku. Przez urzędowe pozwolenia na wyjazd do pobliskiego miasta, nieczynne telefony, radość z wakacji w Iławie w 1983r. bez świadomości, co działo się parę kilometrów dalej, bo wtedy żadne medium o tym nie mówiło.... po mojego bloga w tym, o czymś kiedyś opowiadano mi w szkole... WRiTV, cudowna szkoła myślenia na opak, ściągania gwiazdora dzisiejszego kina z okna 10-piętra akademika, bo uznał, że na pewno potrafi latać. Przepięknego czasu w krakowskiej telewizji, z Genowefą Pigwą, nogą, wypadającą z szafy w sztuce Krzysztofa Nazara, Majką Jeżowską w teledysku koszykarskim, prof. Krawczuka, ukrytego za wieszakiem z płaszczami, bo kazano mu przyjść, a skromność wcisnęła Go w kąt... Korespondencji Leszka Mazana, pozbawionych cenzury "mięsnej" części wypowiedzi, a słuchanych w oryginale... aż żal było ciąć ;) Szefowania "07 zgłoś się", którego chwilkę wcześniej poznałam na duuuuużej imprezie, z krótkofalówką w ręku, coraz mętniej reagującego na dobiegające z niej okrzyki: 07-..." ;)
Krakowski świat rzeczy przystojnych i tych ciut mniej, acz wykonywanych perfekcyjnie zawodowo. "Mistrz Sądu Ostatecznego", teatr telewizji. Potrzebni są statyści, którzy zagrają nago. Skąd wziąć? "Pojedziecie Panie do kilku hoteli, proszę ustalić warunki". Podstawiona taksówka, trzy adeptki organizacji produkcji wewnątrz, kurs obrany, taksówkarz profesjonalista, bez reakcji na trzy młode-śliczne ;) W hotelu rozmowa z szefową: tak, dziewczynki zagrają nago, a ja chcę osobną garderobę, ma pachnieć" Na planie specjalnej garderoby nie przewidziano, foch i: panienki, idziemy. Błyskawiczna przestawka zastawek, moje Masumi z Pewexu i jest :)
Kraków od Bramy, Grodzkiej z Balatonem, po Zakopiankę. Cudny, jedyny, niepowtarzalny...
Widok z okna bloku katowickich wujków (sic) na kopalnię Wujek, ostrzał, a chwilę potem kwiaty i znicze...
Pierwsza wizyta JPII w moim mieście. Na dachach bloków osiedla, przylegającego do lotniska, na którym ma być msza, leżą snajperzy. Z os. Paderewskiego należy usunąć parkujące auta. Nie? Dobrze, auto zniknie, ty zapłacisz.. Mam Zenitha z pożyczonym teleobiektywem. Stoję w tłumie i cykam, bo już wiem, że to ważne. Nagle łapie mnie za łokieć wielka łapa, wyrywa aparat, otwiera, wyciąga kliszę i rzuca za siebie. Po czym, wyrywanym mi z ręki aparatem wali o ziemię. Moja stopa na trasie....Klisza nie żyje, stopa też, obiektyw ocalał, aparat dycha...
Matura :) Zdają ten polski i zdają, jestem na p. duuużo czekania. Odreagowujemy stres, jak umiemy. Na przykład skacząc w gumę... Mama uszyła mi przepięknie przepiękną spódnicę. Pełne koło z czegoś, co tylko ciut żre, a udaje aksamit. Nic mnie nie ogranicza, skaczę kolanka, uda, pas, a przy pachach, z fruwającą nad głowę spódnicą, ślizgam się na piasku-trzask na kolanka, rajstopy w strzępach, kolanka krwawe i? Grajeczko, twoja kolej ;) A wewnątrz sprawiedliwość losu...
Poprzednia noc, siedzimy we dwie na podłodze mojego pokoju, męczymy Mickiewicza. Strasznie męczymy, bo jest 3 w nocy. Nagle słyszę pytanie, dopełnienie "Ballad i romansów"-skąd oni tyle dziewic mieli???!!! Pierwsze wylosowane pytanie na egzaminie??? "Ballady i romanse"... W połączeniu z potrzaskaną fizis z okazji grania w gumę, rozumiesz histeryczny śmiech???
Nauka jazdy autem z moim Tatą. "Możesz tak redukować z 4 na 3, żebym nie wylatywał przez okno???"
Mam 6 lat, jestem świadomym człowiekiem. Wracam z przedszkola z Tatą. Ciągnie mój opór za rękę, brnie. A ja ciągnę za rękę moją wymyśloną przyjaciółkę, która trzyma za rączkę następną, wymyśloną już chyba przez nas obie ;) Oczywiście patrzę na to, co za mną. Tata przed siebie. Walę całym moim jestestwem w jakiś słup po drodze, płacząc patrzę, czy moim przyjaciółkom nic się nie stało... Lata później czytam "Autobiografię" Agaty Christie i jestem w szoku. Była już dorosłą kobietą, kiedy, przymierzając w sklepie suknię, pytała swoje 2 wymyślone przyjaciółki o zdanie...
Mam 3 lata, do Taty mówię Juruś. Jesteśmy w Szklarskiej Porębie.Tata gra w bilard, słyszę dźwięk bil, toczących się po suknie. Dźwięk, który kocham do dziś i bardzo chcę mieć swój stół, bez grania nawet, byle się turlało :) Zepsuło mi się autko, podchodzę do stołu, małą rączkę z autkiem pakuję na blat, żądając, żeby Juruś, spec od wszystkich aut, natychmiast naprawił. Bile cichną, Juruś naprawia, panowie wokół mówią słowa, których jeszcze nie rozumiem ;) Juruś zniknął, jak poszłam do szkoły. Wszystkie dzieci miały tatusiów, a ja jakiegoś Jurusia. Ostatni raz w moim życiu, kiedy chciałam być "wszyscy".
Jestem całkiem duża, mam maleńką Kasię, tyciego człowieczka, który jeszcze nie panuje nad fizjologią, a już ma swoje zdanie. Szkoła życia na kolejne 19 lat. Tylko tyle, bo potem znika. W Wielkim Świecie, 2 tysiące kilometrów od moich ramion. Chwilkę tam jest i mam Martę, Zosię i Rafała, który daaawno temu miał oczy sowy przy pierwszej wspólnej kolacji. Zderzył się z latającymi widelcami-nie, za paprykę dziękuję, ale wezmę ci pomidorki, bo nie lubisz... daj mi brokuła, ty nie chcesz, ja zjem.... wolisz frytki od cebuli??? dawaj!!
Mam 3 lata, chodzę do przedszkola. Dziadzio kupił mi tekturowy tornister, którego zazdroszczą mi wszystkie dzieciaki. Dwa razy w tygodniu chodzimy do biblioteki, nie umiem jeszcze czytać, to dopiero za rok, ale do tornistra pakuję bajki z ilustracjami Szancera, które podsuwa mi Dziadziuś. Do dziś kocham tę kreskę, czuję wielkość i sens. A w antykwariatach kupuję wszystko, co zilustrował, tworzę swoją, całkiem dorosłą kolekcję bajek, do których jeszcze żadne, nawet najważniejsze dziecko, ciągle nie ma dostępu.
Mój dom, wymarzony, bez 10 kondygnacji sąsiadów, łażących mi po głowie. Znaleziony, zamknięty za wielką, brzydką, zieloną bramą. W miejscu, w którym na pewno nadal na ziemi jest Bóg. Czystym, przestrzennym, zapierającym dech.
Zwierzaki przeróżne, przytulasy szczere, nie przychodź do mnie w eleganckiej wersji, bo skończysz zasierściony i zmamlany. Na dzień dobry drą japki i pada pytanie - ugryzą????? Nie, zamamlają, wlezą na kolanka, nauczą cię, czym jest lubienie. Na przykładzie.
Moje nowe życie. Z kimś, o kim już ci opowiadałam. Z klejeniem kraboszek, domków na kurzej łapce, z brakiem widoczności. Kliknij, zrozumiesz.
Moje flagi i proporce nad dachem. Mój świat, zamknięty w tym, co mi Dał. Obojętnie, ile ma trwać, już złapał wielkość. 1964-1918. Sam znajdź, co mieści się w tym czasie. Z moich, nawet króciutkich opowieści, wyszłaby książka :)
Jestem dumna z bycia Polką. Czuję więź, ciągłość, kontinuum, moim przodkom zawdzięczam to, że jestem. I mam świadomość, że należę do tych wybranych przez los pokoleń, którym dane jest żyć w 100-lecie odzyskania niepodległości.

Podobny obraz

i do głowy mi nie przyszło, że Mel Gibson, którego kocham za "Apocalypto" i "Pasję", taki, jakim teraz jest, po swojemu, powie właśnie to. I pamiętaj, że skończyłam tę dziwaczną szkołę, wiem, czym jest kontrakt i pieniądze ;) Ale w innym wykonaniu to by nie zagrało. Chyba, że Sean Connery, wtedy miałabym problem ;)
 A On zrobił to tak

piątek, 19 października 2018

... i że cię nie opuszczę...

Podajesz mi dłoń, drugą nakrywasz moją, w twoich oczach widzę łzy. Byle nie mrugnąć, bo nic ich nie zatrzyma i okaże się, nie będzie się dało dłużej ukrywać, że masz serce...
Czuję spracowaną nierówność palców, ostre brzegi paznokci i ciepło. To samo, którym otuliłeś mnie już dawno temu, którym oddzieliłeś mnie od niezrozumiałego świata potłuczonych luster.
Rozumiesz, że są dni, w których milknie wewnętrzna muzyka, kiedy każdy krok, gest, ruch jest szeptem. Byle ciszej, byle ciemniej, żeby nikt się nie zorientował, że jeszcze tu jestem.
Dajesz mi wtedy 2 kasztany, albo drewniany kwiatek, czasem spinkę do włosów z różowym serduszkiem i znów wschodzi słońce, a ja się go nie boję.
Gładzisz wnętrze mojej dłoni szorstkim kciukiem, a ja czuję dotyk małego chłopca, którego przez lata obudowałeś męskim ciałem, poczuciem odpowiedzialności, silą, stanowczością i słabością, przypisaną człowieczeństwu. Zbudowałeś pancerz, który ukrywa świadome i tajemne potrzeby, braki, dawno pogrzebane nadzieje, które przekułeś w ogrom miłości jaką mi dajesz bez zbędnych słów i gestów.
Odsłoniłeś przede mną swój miękki brzuszek, nie martw się, nikomu nie powiem, że go masz. Ci, którzy patrzą, a nie tylko widzą, zobaczą go w jasności, którą we mnie odkryłeś, a której nie umiem już ukryć.

"uroczyście oświadczam, że... "

daję ci siebie, moją wiarę, nadzieję i miłość. Małe serce, oplatane pajęczyną zwątpień i słabości. Wszystkie moja kamyki, nawet ten z Ajaccio, o który na pewno potknął się Napoleon, ucząc się chodzić. Butelkę z piaskiem z trzech mórz i jednego oceanu. Moje strachy na wróble, patykowe szaleństwo i fikołki na barierce przy drodze. Każdą książkę, którą muszę skończyć, zapominając o praniu, sprzątaniu, gotowaniu i paru innych, które coraz silniej i mocniej przykuwają mnie do zimnej ściany dorosłości.
Anioł otula moją duszę, kiedy kładziesz u moich stóp pełne czułości spojrzenie, dłoń, wyrzeźbioną w starej desce, wiązanki polnych kwiatów, w których każda warstwa przewiązana jest źdźbłami traw. Wtulam twarz w miejsce, w którym bije twoje serce, a silne ramiona obejmują mnie jak pas ratunkowy

"...z obecnym tu..."

Tu - w moim sercu, w duszy, trzymającego za rękę małą dziewczynkę, którą dawno temu schowałam głęboko i której nigdy się nie pozbędę.
Jesteś przy mnie, w każdym oddechu i uderzeniu serca. Wśród jarzębinowych ścian i w autku, pędzącym w siną dal. I w niebie, które widzę przez maleńkie okienko samolotu.
Każdego dnia, tej miniaturze życia, w której budzę się o świcie wtulona w ciebie. Wracam z niebytu nocy, jestem silna, pełna życia. Popołudniowa słabość zdaje się tak odległa, a nocne odchodzenie w niebyt wręcz nierealne. Jesteś.
Trwasz przy mnie Dzisiaj, bo Wczoraj zniknęło, a Jutra nie ma. Kiedy obudzimy się o świcie, znów będzie Dzisiaj i tak plany na Jutro diabli wzięli. Jesteś każdym moim malutkim życiem.

"i ślubuję ci..."

Być kobietą, którą we mnie zobaczyłeś, a potem wyciągnąłeś z czarnego dołu bezsilnej walki o codzienność. Jak tylko ty potrafisz - bez słowa, podając silną, stanowczą dłoń i patrząc w sam środek mojego jestestwa.
Będę piekła małe, brzydkie, przypalone ciasta, które oskrobiemy nożykami, podjadając kruszki. Zamkniemy słońce w zakręcanych przez ciebie słoikach, rozświetlą mroki zimy.
Każdego dnia będę niecierpliwie czekać, aż wrócisz z pradawnego, przypisanego wyłącznie mężczyznom, polowania na mamuty, które na przestrzeni dziejów zmieniły się w male, plastikowe prostokąty, wydzielające porcje świeżego mięsa przy bankomacie.
Będziesz mnie rozśmieszał tymi krótkimi, ciętymi ripostami i opowiastkami pełnymi absurdalnej abstrakcji, jedynymi łaskotkami jakie posiadam.
Posłucham twego milczenia i zrozumiem, że tkwiące w mężczyźnie emocje są nienazywalne i potrzebują tylko dotknięcia palcem policzka, albo tego miejsca, w którym spotykają się kości obojczyka, wsunięcia dłoni za kołnierzyk, na samej krawędzi karku. I już są oswojone, przestają grozić i straszyć.

"...w związek małżeński..."

W to kruche splątanie dusz, efemerycznych, ulotnych i wiotkich. Zaklętych w małych kółeczkach z litego dębu, malachitu i lapis-lazuli.

"...miłość, wierność i uczciwość..."

Zamknięte w szacunku do ciebie i siebie. Naszej odrębności i tej części, w której tworzymy nasze Razem. Nie cielesne, ale to, które mieszka w sercu.
Ciało to tylko ubranie dla duszy, myśli, emocji, uczuć wszelakich. Coś, co można oddać tylko wtedy, gdy już wtulają się w siebie dwa istnienia.

"...zgodne, szczęśliwe i trwałe..."

Stary, drewniany stół w buduarowej kuchni, mosiężna lampa z ciepłym kloszem z Murano, wisząca tuż nad nim. Maluje na naszych twarzach ciepłe cienie, tworząc renesansowy kadr. Leżące, przeciągające się u naszych stóp psy i koty.
To tylko chwila, ale widzę w tobie szczęście. Ty wiesz, że jest ono tylko kompilacją drobnych chwil, momentów, widzisz je, czujesz, kreujesz.
Obydwoje wiemy, że czekanie na cud czyni życie ślepym i jałowym. Sami składamy go z drobiazgów, jesteśmy jak Indianin, nanizający skalpy na rzemień życia. Zdobycz największa, dotyk absolutu.
Tylko tak, słuchając siebie nawzajem i siebie samych, zbudujemy opokę.

"...i że cię nie opuszczę..."

Życie nie jest specjalnie przewidywalne, a Nemezis karze ludzi, spełniając ich życzenia. W moim sercu wybudowałeś, wytynkowałeś i pomalowałeś pudełeczko, w którym zamieszkałeś na zawsze. Zawierucha może nas rozdzielić, ale nie ma mocy usunąć cię z miejsca, które ci dałam.
Już zawsze będziesz trzymał za rękę moją małą dziewczynkę, która wesprze się na tobie, chodząc po krawężnikach życia.



wtorek, 16 października 2018

Wybory


Pan Balonikowy, Pani Bakałarz i Pani Śliczna postanowili zmienić świat, bo dość już mieli stagnacji. Dołączył do nich Pan Sterowany, który kiedyś kupił patelnię i uważał, że dzięki temu ma wszelkie predyspozycje do czynienia zmian, choć w ciut mniejszej skali.
Pan Balonikowy był żółciutki, jak jesienne słoneczko i baloniki, które trzymał w dłoni. Nie był szeroko znanym celebrytą, ale jego przyjaciele, którzy słynęli z wypinania piersi po order uznali, że jaśniutki będzie najpiękniejszym logo. Uśmiechał się szczerze, był fotogeniczny, mówił z empatią – czyż można prezentować się lepiej??? Mówił: będzie lepiej, dość zastoju, wasz świat będzie jasny, słoneczny, chodźcie za mną! I tanecznym krokiem ruszył w dal. Po drodze rzucał kwiaty i jesienne, barwne liście, śpiewał radośnie i ludzie patrzyli w zachwycie, nie widząc czarnej machiny, która w gęstej chmurze podążała kilka kroków za nim… Drzewiej, machina owa, przybrawszy ludzką postać, wskoczyła nawet do basenu, dając uciechę gawiedzi, nieświadomej, że jest tylko trybikiem.
Ludzie nie pamiętają, co jedli wczoraj na obiad, zapomnieli więc o Wielkiej Górze, Głębokich Dziurach, wysokim mycie i braku nadziei. A nawet jeśli pamiętali, przypisywali je Pani Bakałarz, bo Balonikowy radośnie krzyczał scenicznym szeptem, że to jej wina. Przecież nauczała już od bez mała czterech lat.

Pani Bakałarz, miękka, pluszowo-aksamitna, ze spojrzeniem pełnym zrozumienia problemów wszelakich, zawsze wiedziała, jak się zachować. Robiła to odruchowo, przyjaźnie i z taktem. Nigdy nie była niegrzeczna, czasem tylko wkładała białe rękawiczki i równie przyjaźnie mówiła „proszę won” w taki sposób, jakby zapowiadała fascynującą podróż. Potrafiła zarówno czynić rzeczy dobre, jak i polubić Wielką Górę, być serdeczna dla bliższych i zatrzasnąć wrota dalszym. Nie była idealna, ale jako jedyna wiedziała, że najwięcej zależy od Rady Koronnej, w której od jakiegoś czasu prym wiodła Pani Szlachcianka. Pani Bakałarz mówiła: niech gra muzyka, tańczmy radośnie!, na co potakująca w telewizji Szlachcianka zapraszała orkiestrę symfoniczną, grającą wyłącznie fugi Bacha. Rada Koronna zarządziła remont przedpokoju w domu pani Bakałarz, kazała wszystkim wchodzić przez okno i krzyczała, że to nie jej wina, bo Pani Bakałarz jest skąpa. To samo krzyczała zresztą wśród Odległych Od Drogi, gdzie, dbając o rowerzystów i pługi śnieżne, z fascynacją godną czytelnika (autora?!) tandetnych zagadek kryminalnych, poszukiwała zwłok nieuważnych pieszych. Pani Bakałarz jednak nie tupnęła nóżką, a blond Szlachcianka, z zadartym noskiem i burzą loków, robiła w jej domku co chciała. Na nic płacze bliższej i dalszej rodziny: głowo naszego domu, ratuj! wybuduj drugie wejście, utnij Wielką Górę, bo widok zasłania! postaw tamę, bo wanna przelała i mamy mokre kapcie! zasyp dziury, bo koła z powozów odpadają! A ona wolała palić fajkę pokoju z Radą Starszych, bawić się z przedszkolakami i znajdować Nabywców Kurników. Może i słusznie, ale o kaloszach i paru innych zapomniała….

Pani Śliczna bardzo lubiła siebie, co samo w sobie nie jest złe, dopóty, dopóki w lustrzanym odbiciu widać coś jeszcze. W czasie Igrzysk porwała tubę i zaśpiewała pieśń miłości, obrażając się potem na tych, którzy nie mieli słuchu i wypominając, że to jej prywatna sprawa i każdy mógł spróbować. Jeśli tego nie zrobił, to tylko dlatego, że jest tchórzem, a ona nie. Okrutnie nie lubiła, gdy ktoś mówił o jej ciut krzywo zawiązanej chusteczce, bo przecież na świecie jest tyle zła, a chusteczka i tak piękna i nieważna w obliczu wieczności. Mówiła, że wszystkich nauczy pięknie śpiewać, że idąc za nią, można zgubić troski wszelakie, bo ona je godnie zdepcze lakierowaną ciżemką, jak to czyniła już wcześniej, wbrew Pani Bakałarz. Kiedy mogła deptać, pod jej stópką lądowały wyłącznie rzeczy piękne, które dobrze wyglądały na zdjęciach. Ale kiedy złamała obcasik, ujrzała dopiero, ile jest jeszcze do zrobienia i zgniecenia. W szkole była prymusem, podnosiła więc ciągle napiętą rączkę i krzyczała: ja! ja! umiem wszystko, nauczyłam się! nie to, co oni! Z dumą wciąż nosiła plakietkę z napisem Wzorowy Uczeń, zapominając, że dostała ją za pracę w grupie.

Pan Sterowany nie miał ambicji do rządzenia w pałacu, wolał czworaki. Tam mógł cichutko drzemać z otwartymi oczami, albo spacerować ze złotą miotełką, udając, że jest bardzo zajęty. Pasował do wszystkich pałacowych, był nawet wice szefem Wodnych Duchów. Duchy nie robiły nic, poza zasiadaniem raz w roku za zielonym stołem i chwaleniem się, ile mogą, a on dzielnie im przewodniczył, choć nigdy nie powiedział nic poza ‘dzień dobry” i „do widzenia”.

Dawno, dawno temu, przez ten kraj płynęło mleko, ponoć i miód. Wiatraki stały drewniane, spichlerze były pełne, ludzie jeździli na nartach, śpiewali w chórach, robili sobie zdjęcia i nikt nie straszył za to sądem. Razem budowali swój świat, bez oklasków, orderów, ale też bez pomawiania, zniechęcania i kopania dołków. Prywatnie pewnie tak robili, ale kopiąc wspólną dziurę, stawali z łopatami wszyscy, co najwyżej ciut dalej od sąsiada, któremu wczoraj podbili oko. Zostały po nich rzeczy wielkie, piękne. Dziś, po stu i więcej latach, chylą się ku upadkowi, bo ludzie chcą zapomnieć o Złych Obcych, którzy mieli czelność żyć tu przed nimi. Zapominają, że Inni Obcy zniszczyli to, co kiedyś sami zbudowali w Raju Utraconym, tak samo zacierają wszelkie ślady, nie zostawiając nic w zamian. Że w tym samym miejscu, ci sami homo sapiens recens, potrafią budować i burzyć, kochać i nienawidzić, być razem i budować mury, wspólnie biesiadować i wrzucać sobie truciznę do jadła. Że to, jak wygląda dom, zależy od odkurzacza, myjki do okien, żelazka, miotły, ściereczki do kurzu, gwoździ, farb i paru innych. Że to, jak się w nim mieszka, zależy od wszystkich mieszkańców, a nie tylko od Wybieralnych, którzy i tak są po kilku miesiącach mało warci, bo taka jest ludzka natura.

Co dziś zostaje? Las, w którym żadne drzewo nie szumi o najmojszej racji, pola, na których w zgodzie tańczy zboże, ptaki, które wędrują w kluczach z miejscem dla najsilniejszych i najsłabszych. Gdzie wspólnie świętuje się obfite plony i tak samo wstaje po klęsce żywiołowej. Gdzie żadna istota nie wywyższa się nad inne, świadomie, czy też mniej, wiedząc, że samo nie przetrwa. I nadzieja, że ludzie kiedyś znów się tego nauczą.

niedziela, 7 października 2018

Dotyk

"Ile razy jesteśmy nad morzem, zawsze się tracisz" - powiedziało moje Małe, które wcale nie urosło, a jakimś dziwnym trafem stało się dorosłe. Prawdę rzekło...
Już kiedyś Ci o tym opowiadałam, morze to dotyk bezkresu, absolutu, jedyny chyba bez podtekstów, przeinaczeń, acz fizyczny przecież świat. Tym razem Morze Północne było ciepłe, nie jak Adriatyk z Bibione, który przypomina Balaton. Ciepłe tak, jak zimne morza potrafią.
Morze, w którym pływałam po raz pierwszy, w którym Większe Małe   i Małe Mniejsze moczyło dupki, kręcone przez Większe i Mniejsze Duże.
Dotykam przestrzeni, zanurzam się w niej, czuję słoność, której nigdzie indziej nie toleruję. Jestem całością, czuciem, częścią czegoś dużo większego ode mnie, a jednocześnie całą mną.
Jest ciepłe, czułe, otula całego mojego człowieka. To całe nic, które za chwilę zniknie w nicości.
Ciepły piasek, gorące kamyki nad brzegiem, przez które przenosimy Maleństwa, kocyk, na którym siedzą, tuż za granicą  obumarłych muszli i maleńkich krabów.
Lekce sobie ważę zatłoczone parkingi na krawędzi plaży, wycieczkowy statek, który brnie na wielkich kołach po plaży przy odpływie. Na kolanach mam Większe Małe i obie mamy w nosie nawoływania, żeby spadać z miejsca lądowania następnego, powiedzmy pływaka.
Świat mojego morza, które od zawsze jest moim doładowaniem akumulatorów na codzienność, moim wyobrażeniem nieśmiertelności. Kiedyś w tym zaginę, w tym moim wyobrażeniu absolutu. Ale dzisiaj, w moim poczuciu bycia potem, chcę, żebyś wiedziała, że jesteś każdym sensem mojego życia, moim jedynym sukcesem, jedynym kimś, komu mogłam dać siebie, który jest spełnieniem moich marzeń.


sobota, 6 października 2018

zniknę



Mój maleńki, wielki świat... Kim tu jestem? Coś znaczę?

Jestem cieniem, nierealnym bytem wędrującym w czasie. Przeszłym, teraźniejszym, przyszłym. drżeniem ust, śladem myśli przebrzmiałych, stopą odbitą w wysokiej trawie, szelestem starych lip. Smugą światła ze wszystkich piekarni w sadach.
Przywołuję do życia to, co zdawało się już zniknąć bezpowrotnie, pozbawione przynależności, żyjące we wspomnieniach, strachu, pogardzie. W dniach przeszłych i tych, które dopiero nadejdą. Żyję całym moim jestestwem i przyszłą nierealnością.
Mój maleńki, wielki świat, realny i rozmyty przeszłymi wiekami. Pielgrzymem jestem, Człekiem Wiecznym Tułaczem. Grają muu kobzy i dudy, skrzypce i stare pianino. Człowiek szczęśliwy bytem, nie posiadaniem. Daj Boże, że na Wiecznym kamieniu Zapomnienia ktoś napisze: to był dobry człowiek...
Mój maleńki, wielki świat, objawiony by pojąć, czym jest życie. Emocjami i uczuciem, pokorą i dumą we wzniesieniu czoła, bez pogardy i obojętności.
Jestem człowiekiem, z całym bagażem doświadczeń, przynależnych gatunkowi. Konkretem u ulotnością, jawą i snem, sensem i jego całkowitym brakiem. Przestrzenią i jej ciasnotą. I dymem z komina, bo to podstawa najtrwalszej budowli.



Kiedyś zniknę. Ja i mój czas. Moje emocje, myśli i sny. Łzy szczęśliwe i te, którymi płynie ból. Zniknie każdy kawałeczek mojego człowieka.
Zniknę, jak tylu przede mną i tylu po mnie, jak każdy, nawet Najważniejszy. ie zostanie po mnie nawet najlichszy cień. Żaden z dni pełnych radości i nadziei. Śmiechu, płaczu, żalu i spełnienia. Zniknie myśl, wrażenie, ułuda.
Nieczytelne staną się stare bilety, kilka listów, jakieś zdjęcia, kilka notatek. Czerwona okarynka, która zimą udaje słowika, wyląduje na śmietniku. Nieistotne staną się Rzeczy ważne, przepadną klucze do ich rozumienia. Nicość pochłonie magiczny Dom, dotyk, czułość i ciepło. Zostanie kamyk z Ajaccio i stare jabłonie, już niezrozumiałe, zwyczajne, pozbawione duszy.
Zanim stanie się nieuniknione, tęsknię, czuję, myślę. jestem pełna nadziei i wagi "szerokiej gamy czynów ogromnych", które trzeba popełnić, żeby BYĆ. Kocham i jestem kochana, dotykam i czuję dotyk. W lekkości zrozumiałego już życia, z ciężarem codzienności i doświadczeń. Z malutkim, żwawo bijącym sercem...

poniedziałek, 24 września 2018

ni dziada, ni baby, czyli konkurs literacki ;)


Dawno, niedawno temu, pewna miastowa Baba wymyśliła, że wyniesie się na wieś, gdzie kury gdaczą, woda czysta, trawa zielona. Ponieważ zwykle najpierw działała, a potem myślała, kupiła chałupkę na kurzej łapce i tyle ją widzieli.



Zniknęła z kurzu asfaltu, tramwajów, miejskich autobusów, świata sygnalizacji świetlnej, przejazdów kolejowych, przed którymi, czekając w aucie, czytała książki, wielkich sklepów, tak wielkich, że zmieściłyby się w 3/4 miejsca, które wybrała na resztę swoich lat, ile by jej Wielki nie dał.
Zamieszkała. Oswoiła obcość, inność, widok z wszystkich, drewnianych okien, kąty, pełne wszelakiego bałaganu po poprzednikach, zaczęła grzebać w przeszłości głębokiej, zamierzchłej, ciemnej. W kąty wcisnęła swój bałagan, swoje zabawki, swoje ja. Polubiła przeszłość, teraźniejszość i przyszłość, jakakolwiek była jej pisana. Zaprzyjaźniła się z wiatrem, wiejącym ze szpar, kotami, których nigdy nie miała (one nie miały tego personelu pomocniczego i nauczyły ją, jak to jest być ignorowanym?), piecem, który wiecznie woła o opał i wieje zimnem, siekierą, piłą i wspomaganiem akustycznym (o, żesz ....), które dawały jej siłę do zdobycia ciepła.
W wielkim, zarośniętym sadzie, znalazła owoce, których smak pamiętała z dzieciństwa, rumiane, słodkie, lepkie od soku. Jadła, pakowała do obory, stajni, chlewika, żeby starczyło na czas zimny, paskudny, wietrzny i mroźny. Do słoików, z odrobiną cukru, do zamrażarki (sic!) na zimę. Wtedy grzała je na kozie, zdobytej na złomowisku i pieszczotliwie odnowionej, podjadała te ciepło-soczki z radością, której nie pamiętała od dzieciństwa.
Los chciał, że została w tym świecie sama. Sama? Czyżby? :)
Zabrał jedno, dał milion innego. Los tak ma, a Baba o tym wiedziała i nie zamierzała się z nim kłócić. Bo i po co? Lepiej mieć tę wadę wzroku, która pozwala widzieć tylko dobro w zmianach, na które nie ma się wpływu. Baba była pełna wad, wzroku również, więc ziewnęła przeciągle, dwa razy kichnęła i poszła dalej.
Została z życiem, którego istnienia nawet nie podejrzewała. Z ludźmi, którzy nie istnieliby w wirze aglomeracji. Ona też nie miała tam już racji bytu, ale tego dowiedziała się dopiero z perspektywy kurzych łapek. Siedziała na progu swojej chatki, majtała nóżkami i chłonęła ten pagórkowato-leśny świat każdym milimetrem skóry, każdą końcóweczką nerwów. Otulał ją pluszem, miękkością, grzał słońcem i wieczorną feerią barw, gdy szło spać. Oj, szczęśliwa była Baba, jak nigdy dotąd. Miała swoje cztery wielkie kąty, kawałek nieba, a nocą, na podwórku, prywatne planetarium. Dla Baby nigdy nie było ważne mieć, wolała być. Ale tu, w wiosce w kotlinie, zagubionej wśród pól, po raz pierwszy w życiu poczuła, że przynależy, jakby się odnalazła po wielu latach. Cztery kąty dopełniły tylko błogostan, w który wpadła Baba, kiedy okazało się, że jak kot, przywiązuje się jednak do miejsc, niekoniecznie do ludzi. Zapuściła korzenie, czerpała siłę milionów istnień, które były tu przed nią i będą po niej. Każdego dnia spadały z niej betonowe łuski, bez których nikt nie przeżyje w mieście. W ich miejsce pojawiał się mech, skrzypy i paprocie. Czekając, aż zakwitną, nocami szukała świetlików, których miliony wzlatywały z niekoszonej trawy pod starym orzechem.
Żyła całą sobą, płakała, śmiała się, poznawała, dostawała i dawała, sama nie wiedziała, czego było więcej. Nigdzie indziej nie dostałaby Jędzy, która poszła do jeszcze większej Wiedźmy i dowiedziały się obie, że jeszcze dawniej temu były siostrami. Z Jędzą życie nabrało nowych barw. Nie mogło być inaczej z kimś, kto włazi po schodach swojego Kurnika, z wielką kupą prania, którą niedbale wiesza na poręczy i wdycha z niewiarą, jak mógł tyle lat żyć z praniem bez tego drewnianego elementu, niesłusznie przypisanego wyłącznie schodom. Kto przyjeżdża do Baby w środku nocy, krzywym kijem puka w okno tak, że wydziobuje dziurkę w szybie, porywa zapiżamioną, w szlafroku i kapciach i uwozi na festyn w sąsiedniej wsi. Żadna z nich nie znała pojęcia nudy, ale nawet gdyby miały tę klepkę, nuda umarłaby przy nich śmiercią nagłą, gwałtowną i tragiczną. Baba z Jędzą wędrowały po wsiach i polach, kawałek swojego świata wywiozły nawet do stolicy, do Krakowa pojechały na kawę, a do Kudowy zobaczyć basen od zewnątrz. We wsi słychać było ich śmiech, dobiegający z chatki na kurzej łapce i z kurnika, a wiejskie dzieci powiedziały kiedyś Jędzy, że gdy przestanie się śmiać, to świat na pewno się skończy.
Baba wiedziała, umiała i rozumiała coraz więcej. Szybko dotarło do niej, że czas nie jest tylko popychaczem wskazówek zegara, a każdy dzień to malutkie życie, od przebudzenia z nicości, do zaśnięcia w nicość. Że rytm mierzyć można nie sekundami i godzinami, a porami roku, od orki, przez siew, omłoty, aż do dożynek.
Jeszcze później pojęła, że jej życie nigdy nie było tak fascynujące, jak w ustach tubylców. Poczuła się spełniona, szczęśliwa, pełna człowieczeństwa wszelakiego.

Włazi na drabinę z tysiącem szczebli, opartą o siedemdziesięcioletnią czereśnię, podjada po drodze lepkie, wielkie, czarne kulki, na szczycie, stojąc na palcach, mizia chmury po brzuszku. Jak znajdzie drugą drabinę, spojrzy na chmury od góry. I, jak zwykle, dopiero na samej górze pomyśli, jak teraz zleźć na dół…. A może tam kiedyś zostanie?




Czasem chce być, jak inni, zrobić coś, co oni robią, tak zwyczajnie, normalnie. Tyle, że wychodzi jej to mniej więcej tak, jak temu blacharzowi, któremu przywieziono rozbite auto na lawecie i jakby nie klepał, ciągle wychodził mu przystanek autobusowy. Wszyscy chodzą na grzyby, Baba też poszła. Kosz miała przepiękny, a w nim chusteczki, okulary, aparat, woreczki na nasiona wszelakie, małe pudełeczko z przykrywką, sekator i zapasowe baterie. Jędza, stojąca obok, zajrzała do kosza i stwierdziła: noża zapomniałaś. Baba wróciła po drabince do chałupki, złapała pierwszy z brzegu, taki 40-centymetrowy i po zjeżdżalni śmignęła w dół. Z lasu Jędza wróciła z grzybami, a baba z kolekcją krzywych patyczków, wielkich muszli obecnie bezdomnych ślimaków, kawałkiem brzozowej kory, na której na pewno napisze sonet, 56 zdjęciami grzybków halucynogenków, pięknych okrutnie i czaszką krowy. Ktoś jej powiedział, że w lesie są siniaki, więc nabiła sobie ze trzy. Na szczycie koszykowej piramidy leżał za to mały kozak. Taki sam, jak Baba.


Z jednej z leśnych wypraw, przyniosła w koszyku Ptaka. Był ranny, lekko nieobecny, patrzył na nią przenikliwie, ale kiedy wyciągnęła do niego ręce, ufnie podał jej skrzydła. Przed wejściem do chatki wybudował sobie pas startowy, a ona pomyślała, że skończy, odleci i zostaną tylko wspomnienia. Ptak jednak wzbił się do lotu, zatoczył koło nad okolicą, zawrócił, a pas startowy zmienił się w lądowisko. Już nie chciał odlatywać, zapragnął wracać, a Baba dała mu klucz do wielkiej kłódki, którą przykuwała kurzą łapkę, żeby jej potem nie szukać. Wymościł piękne gniazdo wewnątrz chatki i ostrożnie wniósł do niego Babę. I się zagnieździli, bo Baba tego też się już nauczyła.





Teraz była całkiem udomowioną Babą – pakowała słońce w słoiki, piekła przypalone ciasta, robiła kompoty i ciapę ze śliwek w rozpuszczonej czekoladzie. Ptak o świcie wylatywał do pracy, a ona czekała, lepiąc pierogi. Tak po swojemu, z chlebowej mąki, którą wysypywała na wielką stolnicę, w środku sterczącej kupki robiła dołek i zawsze przypominały się jej wtedy „Bliskie spotkania 3 stopnia”. Na stolnicy wielki wulkan, a Baba zagląda w szparę w drzwiach, czy nie ma podejrzanych efektów świetlnych… Gniecie go i gniecie , przerabia na wielką dżdżownicę i z uśmieszkiem tnie robala na plastry. Potem każdy plaster rozciąga palcami w plasterek, pakuje do środka pychotki i skleja z falbanką. Niby nic takiego, ale mąka była razowa i Ptak dostaje na talerz pierożki w kolorze porannej kawy.
Czasem opuszcza tej raj, koty, i psy, i Ptaka. Zabiera czerwoną walizeczkę na kółkach, wychodzi z domu i zaczyna się kurczyć, zmniejszać, marszczyć, w jej oczach widać strach i wielką odwagę. Jedzie malutkim autkiem, szybko, szybciutko, między polami, pagórkami, do świata wielkich kominów i tłumów na każdym kroku. Całkiem malutka wsiada w samolot i na dwie godziny zostaje latawicą. Znów patrzy na chmury od góry, ale jakoś mniej pewnie, bo drabina mocno opiera się o ziemię, dając Babie poczucie panowania nad sytuacją, a samolotu nawet nie może prowadzić. Ląduje w kraju Na Opak i natychmiast czuje się u siebie. Bo Baba też jest trochę na opak. Pędzi autkiem wszystkimi pasami wielkiej drogi i się dziwuje, że w tym miejscu na planecie, w autach siedzą sami pasażerowie. Tak trafia do Wylęgarni, w której mieszkają Pisklaki. Dwa duże, w tym jeden trochę mniej i dwa całkiem malutkie, w tym jeden trochę bardziej. Siedzi Baba na podłodze, czerwona walizeczka leży smętnie w kącie, czeka na wypatroszenie przez cztery małe skrzydełka. A te chwilowo kleją się – dość dosłownie, bo umazane słodyczą – do całej Baby. Mięknie, wypełnia się czułością, miłością, wrażliwością i jakimś współczuciem dla dwóch małych istotek. Patrzy na Mniejsze Duże i się dziwuje, że przecież nie aż tak wyrosło, a dorosłe jest. Najdziwniejszy wyraz, jaki znała do tej pory, to wyraz jej twarzy w porannym odbiciu w lustrze, teraz poznała kolejny: Dziaba.
Tak mówi Większe Małe, a Mniejsze tylko popiskuje, bo jeszcze nie umie mówić w ich języku i czasem się denerwuje, że to Ono się musi go uczyć, a Jego mowy to już nikt.
Oj, pocieszna ta Wylęgarnia. Jaśniutka, trochę drewniana i Baba mniej tęskni za kurzymi łapkami. Ma duże okienka (Wylęgarnia, nie Baba), trochę stromych schodków na grzędę, gdzie śpią wszystkie Pisklaki i białą kuchenkę, gdzie Baba z Mniejszym Dużym znów lepi pierogi, a Większe Małe pomaga rozsypywać mąkę. Po całej kuchni. W przeciągu. Potem Baba robi dżdżownicę, a Większe Małe piszczy z uciechy, z foremkami do piasku w łapkach i wygniata delfiny, gwiazdki, muszelki i strusie. Mniejsze Małe też piszczy, bo w ogródku jest basen i chce robić śłim, a samo nie umie. Baba-Dziaba-With Crazy Hair to rozumie, bo sama też piszczy, najczęściej bramką na lotnisku, bo wiecznie zapomina zdjęć całą zbroję i wtedy inni idą już w świat, a Baba do przodu-pisk-do tyłu-pisk-proszę zdjęć kolczugę-do przodu-pisk…. Większe Duże dokonało kiedyś podziału Dziab i wyszło mu, że Baba, w porównaniu z Drugą, która piszczy nieustannie, zaliczana jest jednak do niepiszczących, bo bramka się nie liczy.
W wolne dni Większe Duże pakuje Pisklaki i Babę do auta i pędzą Szukać Przygód. W Kraju Na Opak znajdują je na każdym kroku. Łąka zamknięta na noc wielką, czerwoną kłódką, krowy w rzece, a las szlabanem bez płotu. Rzeka na jezdni, a most tuż obok, niby jest, ale wyobcowany jakiś i auta pędzą przez wodę. 

 Drewniany płotek w poprzek wąskiej, leśnej ścieżki, przez który Większe Duże przeskoczyło, Mniejsze Duże przelazło dołem, Większe Małe pośrodku, Mniejsze Małe zostało przeniesione, a Baba wisi jedną nogą i ze śmiechu nie może już nic zrobić.

Obraz może zawierać: co najmniej jedna osoba, ludzie stoją, drzewo, buty, na zewnątrz i przyroda

 Pisklaki robią zdjęcia wiszącej Babie, a jak wreszcie zlezie z płotu, idą dalej. W tobołku na kijku niesie Baba kawałki kredy, którą rysuje pająki na płotach, a Większe Małe łapie się za główkę i krzyczy, kamyki, które Większe Małe, na wyścigi z Mniejszym Dużym wrzucają do rzeki, magiczne ciasteczka na stłuczone kolanka, zawartość koszyka na grzyby, bez czaszki i kozaka i aparat. Bo bez niego nigdzie się nie rusza. Na koniec pakują Babę do morza i już może wracać do chatki. Znów leci, a w głowie i w sercu mętlik, bo chciałaby umieć być równocześnie Tam i Tu, a na pewno nie w samolocie.
Małym, czerwonym autkiem wraca do chatki, przejeżdża przez lądowisko, staje pod wiatką, a Ptak wyciąga do niej skrzydła i czule patrzy na paskudę, jak to tylko On potrafi.
Wtulona w Ptaka Baba chodzi z kąta w kąt i sprawdza, czy brak wszystkich czterech płotów jest ciągle na miejscu. Jest, a do tego huśtawka w drzwiach stodoły, którą zrobił dla niej Ptak, bo Baba uwielbia się huśtać, a On o tym wie. W czerwonej kuchni robią kakao, Baba dzwoni dzwonkami, udającymi firankę, Ptak odkręca Butlę i puszczają bańki, za którymi biegają psy i nawet jeden kot. Drugi nie biega, bo uważa, że pośpiech poniża, a Baba zawsze bierze z niego przykład i też nie biega.
Każdy dzień z Ptakiem jest pełen słońca, dojrzewają jabłka i kiwi, siedzą wieczorami przed domem, jedzą i podziwiają nietoperze. Baba posiała mak i inne łąkowe kwiaty, zbudowała melinę dla owadów, przyciągnęła ich mnóstwo. 


Brak automatycznego tekstu alternatywnego.



One przyciągnęły nietoperze, które Baba lubi wyjątkowo. Sama mogłaby być nietoperzem, bo na tym świecie wszystko, co lata, posuwa się do przodu, a nietoperz jakby nie do końca. A Baba też wygląda trochę tak, jakby latała tyłem.
Wieczorem, pod kołderkę, od strony Baby i z daleka od szponów Ptaka, wchodzi Pomysł Na Psa. 

Obraz może zawierać: co najmniej jedna osoba, ludzie siedzą i na zewnątrz



Biorąc pod uwagę, że przez pewien czas spał tak jeż, Pomysł jest zdecydowanie bardziej puszysty, Babie grzeje stópki i sytuacja wydaje się całkiem zwyczajna. Ale tylko wydaje się…. Ów zwierz wygląda bowiem na malutkiego pieska, ale ci, którzy je znają, wiedzą, że to tylko pozory. Bo Pomysł Na Psa nie umie się zdecydować, kim w istocie jest i w efekcie jest wszystkim, co mu do malutkiej główki przyjdzie. Najczęściej jest kotem, wskakującym przez okno, nawet przez lufcik, albo leżącym, wśród innych kotów, na długiej belce nad piecem kuchennym. Różnica polega na tym, że koty w tym miejscu mówią przeciągłe miauuuuu, a Pomysł udaje, że szczeka. Podejrzewany jest też o bycie dzikim kotem, z tych, co to zdobycz ciągną na drzewo, jakimś gepardem bez mała. Tyle, że niskopiennym, bo łupy wlecze pod łóżko Baby. Opakowanie po serku wiejskim z jagodami, którego nikt nie kupił, kawał węgla (???!!!), który dziwi Babę, bo jeszcze opału nie kupowała i teraz myśli: inwestować, czy wysłać Pomysł do odkrytej przez niego kopalni??? Pół, ale takie ciachnięte nożem (?!), rolki papieru toaletowego, laleczka Mniejszego Małego, łyżeczka do herbaty, bez monogramu. Kilka ton orzechów, w tym dwa malowane na złoto i łupek po orzechach. Pół grzanki i jedną suchą bułkę, plaster wyschniętej marchewki i świeży liść kapusty. Baba do łóżka wchodzi po schodach, a Pomysł wlecze pod nie wielki kij. I to Baba rozumie, sama znosi z lasu drewniane dziwadła, które wiesza potem na ścianie i się delektuje świeżo posiadłym poczuciem ekologicznego artyzmu. Ptak buczy pod nosem, że po cholerę to-to żyje, bo nie dość, że nie ma szyi, to kamienie na dywan znosi i pazury na szponach się tępią. Latem Pomysł odkrył skrzynkę balkonową, w której rosły pelargonie i werbeny , posadził się tuż obok i opalał w zachwycie. Do kwiatów przylatywały kolorowe motyle, a w okolice Pomysłu złośliwa osa, Pomysł spuchł i skończyło się opalanie. Znów został bezpiecznym chyba-kotem, na podusi nad drapakiem, bo bycie roślinką niesie niewyobrażalne zagrożenia.
Taka jest Chatka Baby i Ptaka, z zegarem, który ma wprawdzie wszystkie wskazówki, ale wszystkie cyfry leżą na podłodze, a na tarczy napisane jest: Wszystko Jedno, bo szczęśliwi czasu nie liczą. 





Z Pomysłami Na Psa, Na Stolarnię, Studio Fotograficzne, Suszarnię Orzechów, Kino W Stodole, Miejsca Noclegowe, Warsztaty Wielorakie, bo czego, jak czego, ale pomysłów, to się w tych czterech brakach płotów mieści mnóstwo.
I nawet nie trzeba ich do końca realizować, bo obydwoje wiedzą, że króliczka lepiej jest gonić, niż złapać. Bo tylko wtedy człowiek jest naprawdę, mając zawsze coś przed sobą, a w sercu nadzieję.
A Baba? Żyje nadal, siedzi w kącie mapy, z aparatem w ręku, słucha, czuje, widzi, uwiecznia chwile, które to głupie pudło potrafi uchwycić, bo nijak się nie mają do tego, co by chciała zobaczyć.
Szczęśliwy człowiek na za.… perypetiach* wielkiego świata.
I, nienawidząc gnomów, które czuwają, będzie tak żyć długo i szczęśliwie, bo już potrafi sobie to nawet narysować.


*copyright człek, który rzekł: mieszkam na perypetiach Częstochowy



wtorek, 4 października 2016

Azaliż wżdy płynieli ta woda przez rzekę?

Znaszli ten kraj, 
gdzie gaj sykomorowy, 
gęsim piórem wieszcza, 
szukanymi słowy, 
wielkość swą osławia?
mami nasze głowy?

Lud tam wielce uczony,
mądrością wyróżniony,
co lewą stroną drogi 
pędzi jak szalony
we wszystkie świata strony.

Potęga to światowa,
jest tu i królowa, 
rośli w siłę przez lata
nawet na końcu świata.

Lecz nagle....osiwieli,
bo z mostem się majtnęli.


czwartek, 12 maja 2016

Akwarelka

Zdejmuję okulary i ludzie tracą twarze. Zostają tylko jasne plamy nad tułowiem, pod małą plamką w kolorze blond, siwym, czarnym. Zdejmuję okulary i wyraźne zostaje kilkanaście centymetrów wokół mnie. Reszta coraz bardziej rozmyta, kontury coraz mniej ostre, aż do całkowitego zaniku szczegółów mniejszych niż pół metra. Świat kolorowych plam o rozmytych brzegach, wiotkich, zwiewnych, nierealnych.
Moja strefa intymna, bezpieczna, jest tak blisko mnie, że prawie nie istnieje, tak, jak wyraźny świat bez okularów. Mój świat, razem ze mną, zajmuje raptem 120cm2. I muszę tu zmieścić wszystko - człowieka, emocje, myśli, moje pióro listy i rysunki Kasi; mnóstwo książek, Stinga, aparat fotograficzny i mój własny grajmax [gra-imax??]. I pierwszą pracę plastyczną Tuń Tunia - pomiętą, dziurawą, pomazaną długopisem, cudownie kubistyczną fiszkę. Do tego koty, przestrzeń wokół wsi, kupę zdjęć, moje malutkie autko, którego zło nie dogoni. I zupę mleczną.
Rozumiesz? Nie jestem niekoleżeńska, po prostu ciasno żyję. Ale lubię obcisłe 😊
Bądź obok, mów, czasem fałszywie zaśpiewaj, tylko nie dotykaj, bo to zaburza cały ten mój malutki bałagan. Nie dotykaj, bo nie wiem, kim jesteś...




piątek, 15 stycznia 2016

Az tyle???? :)

ponad 40 tysięcy wejść... moi czytacze, przecież ja do tylu nie umiem liczyć ;) uśmiechy na każdy piękny, jedyny dzień :)

Mój świat


mój świat. malutki, bezkresny. droga do nikąd, drobiazg w trawie, świt i zmierzch. noc na polach, 4 pory roku w lesie. chmury, słońca, zmierzchy. mój prawdziwy świat. ten bez przepychanek, bez stresu, piękny, jedyny, prawdziwy. mówiłam ci już, że jestem bardziej stąd, niż ci, którzy mieszkają tu od zawsze? pewnie tak.... w przeciwieństwie do nich, miałam wybór. to jest mój świat, moje miejsce na ziemi, moje jestestwo ryknęło nagle i niespodzianie. geny, których nie wydłubiesz :). chcę tu być, trwac, żyć. obojętnie kim dla kogo jestem. dla mnie samej, dla mojego ja. dla tego miejsca w moim własnym życiu, tym króciutkim, malutkim. byłżeby to mój swiat? ten właściwy? jedyny? tak. jak najbardziej tak. tu słyszę ten tętent, widzę kawalkadę, idąca na wiedeń; tu jestem e.e.cummings, albo jakoś tak :)
nie dam się wywieźć na taczkach, które obiecano mi po wyborach. jestem sołtysem, zrobię wszystko, żebyś zrozumiał, czym jest to miejsce. i szlag z funkcją :)