Liczba wyświetleń

środa, 28 listopada 2012

dom, w którym straszy

Wiesz, kiedy tu zamieszkałam, kiedy poznałam ludzi mieszkających tu od zawsze, kiedy zaczęłam słuchać historii przez nich opowiadanych, pomyślałam, że to jakiś sprawdzian, że chcą wiedzieć, na ile poradzę sobie z nadprzyrodzonym :) Kiedy mieszkałam tu sama, sąsiad zapytał, czy nie boję się spędzać tu samotnie nocy, bo ludzie coś tu widzieli, snuło się po podwórku, świeciło światło na strychu, gdzie nie ma prądu... Nie, nic nie widziałam, mimo, że mieszkam tu już 300 lat :) A potem się zaczęło...
Najpierw była historia o młynarzu który zmarł dawno temu i teraz siedzi w różnych miejscach i obserwuje świat, ergo -  straszy. Potem wskazano mi boczną drogę, którą zbiega co jakiś czas duch panny młodej w sukni ślubnej i welonie. A na koniec opowiedziano mi o domu, w którym straszy. Podobno od dawna nikt nie odważył się tam nocować, nikt nie mieszka tam na stałe, a właściciele, kiedy przyjeżdżają raz na jakiś czas, nocują w przyczepie kempingowej na podwórku. Podobno mieszkał tam przez chwilę nawet ksiądz, który odprawiał egzorcyzmy, ale też uciekł... 
Dom jest piękny, na zewnątrz widać ślady dawnej świetności. Zważ na piękną, kutą bramę, rzygacz nad balkonem, kształt budynku. Chyba jedyny tak okazały we wsi. 
Zbudowany w 1911 roku, według starych map, o których już pisałam tu http://rozumice.blogspot.com/2012/07/mapy-i-satelita.html, w 1945 roku należał do Emmy Kremser i oznaczony był numerem 7.
Nikt nie wie, co straszy i czemu to robi. Ale wiesz, w takich sytuacjach reaguję, jak słodkie dziewczątka z horrorów, które siedząc w samotnym domu, z dala od ludzi i z zepsutym samochodem na zewnątrz, koniecznie same, słysząc pukanie w piwnicy, schodzą tam z tlącą się świeczką i ostatnią zapałką, żeby sprawdzić, cóż tam siedzi :) Dlatego, kiedy tylko spotkam właścicieli, poproszę, żeby pozwolili mi wejść do środka, zrobić zdjęcia, a może i przenocować :) A do tego, żeby opowiedzieli mi jego historię. Wtedy dopiero cię wystraszę :)









wtorek, 27 listopada 2012

słowa

Czym są dla nas? Oczywistością, czymś, co poznajemy od zarania naszego jestestwa, najpierw zupełnie nie rozumiejąc ich znaczenia, raczej chwytając intonację i połączoną z tym mową ciała. Uczymy się ich przez całe życie, ich sens, znaczenie dominuje nasza codzienność, rzeczywistość. Mówimy - kocham cię, czekając, że ktoś powie nam to samo i najczęściej słyszymy - ja ciebie też... Też, czyli co? Jak inaczej zabrzmiałoby - ja też cię kocham. Słyszymy spokojnym tonem wypowiedziane - daj, ja to zrobię, bo przecież tobie się i tak nie uda. A jak inaczej byłoby - daj, pomogę ci, razem pójdzie szybciej...
Poznajemy słowa, ich teoretyczne znaczenie, ale często nie bardzo potrafimy nadać im właściwy sens, szczególnie w sytuacjach, które dotykają naszych uczuć, emocji, naszego widzenia świata. Wypowiadamy je i rozumiemy, patrząc przez pryzmat siebie. Poprawiamy swoje samopoczucie, poczucie własnej wartości, ważności, może czasem są sposobem na własną niemoc, czy nawet kompleksy.Nie myślimy, jak inni nas odbierają, jak rozumieją nasz przekaz.
Wiesz, dawno już wpadłam na to, że powiedzenie - jak cię widzą, tak cię słyszą, odnosi się też do - jak cię słyszą, tak cię rozumieją.Bo to, jak sami siebie postrzegamy, jak siebie dajemy innym, sprawia, że tak, a nie inaczej nas postrzegają. Wyznacza granice, buduje nasz obraz w oczach innych. 
Pisałam już o asertywności, tak modnego od dawna już pojęcia, którego głównym zadaniem jest obrona samego siebie, nie zgadzanie się na tłamszenie przez kogokolwiek naszego zdania, doprecyzowania zła i wskazania komuś, kto nam robi krzywdę, naszego odbioru rzeczywistości, sposobu pojmowania, naruszania naszej strefy bezpieczeństwa.Ale czy do końca? Czy to naprawdę nie ma ograniczeń??
Słowa... mogą zmieniać tak wiele, sprawić, że będziesz pełen wiary, będziesz miał skrzydła u nóg, siłę i umiejętność. I te same słowa, które przynoszą łzy, upokorzenie, odsunięcie i uderzą z cała mocą w nasze uczucia. Jak wiele i niewiele trzeba, żeby kogoś podbudować, uszczęśliwić i wrzucić w dół bez dna, przy pomocy dokładnie tego samego... aż się wierzyć nie chce, że to w ogóle możliwe. 
Alexis de Tocqueville powiedział kiedyś, że wolność człowieka kończy się tam, gdzie zaczyna się wolność drugiego człowieka. Jakże często o tym zapominamy, może nie wiemy..
Jednym z najważniejszych słów jest dla mnie NIE. Umiejętność powiedzenia go tak, żeby osiągnąć swój cel i nikogo nie dotknąć... Fascynuje mnie definicja w "Ojcu chrzestnym" Mario Puzo.

" Jesteś prawie równie dobry, jak twój ojciec, ale jednej rzeczy powinieneś się nauczyć.
Czego? - spytał uprzejmie
Jak mówić nie - odrzekł
Michael poważnie skinął głową.
Masz rację, będę o tym pamiętał.
(...)
-Więc nauczyłeś mnie wszystkiego, poza tym. Powiedz, jak się mówi ludziom nie, w taki sposób, żeby im się podobał.
Don przesiadł się za wielkie biurko.
- Nie można mówić nie ludziom , których się kocha, nie za często. To cały sekret. A poza tym, kiedy to mówisz, musi brzmieć, jak Tak. albo trzeba ich samych skłonić do powiedzenia NIE. Trzeba poświęcić na to sporo czasu i trudu."

I coraz bardziej to rozumiem. NIE ma wielką siłę rażenia. Im dłużej nad tym myślę, to czuję, wiem, że drugi człowiek ma to samo prawo. Wypowiadania swoich myśli, uczuć, swojego widzenia świata. I że wtedy nie mogę myśleć tylko o sobie, postrzegać to wyłącznie przez pryzmat swojego bycia. Że nie wolno się dać ponieść sobie, że trzeba usłyszeć, pojąć i zaakceptować to, co ktoś nam mówi. A jednocześnie nie zatracić siebie..A jednocześnie czasem tych, których dopuszczamy najbliżej siebie, trzeba nawet pojąć wbrew sobie...
Niby proste, niby jasne i oczywiste, ale pomyśl, czy zawsze używasz właściwych słów? Czy masz świadomość, że mają aż taką moc? Wreszcie - czy ciebie samego nie dotykają, wypowiadane bezmyślnie przez kogoś? Porozmawiajmy :)











środa, 21 listopada 2012

kuchnia z niespodzianką

Dziś opowiem ci, jak powstaje moja kuchnia :)
zaczęło się od wyrzucenia kilku warstw wykładzin, pod którymi znaleźliśmy deski. Niestety, zupełnie zniszczone, bo od lat podciekał zbiornik wyrównawczy na strychu i podłoga zbutwiała. Ponieważ już tu mieszkaliśmy, remont trzeba było robić po kawałku. Najpierw wycięty został fragment desek w miejscu, gdzie miała stanąć największa szafka. Pod spodem... klepisko. Zastanawialiśmy się chwilę, czy robić podłogę, czy po prostu wpuścić kury :) Jolo miało jeszcze inny pomysł, że będzie na obiady przyjeżdżać z nieletnim niejadkiem, bo w piaskownicy w kuchni na pewno nie zauważy, że jest karmione... Maryś jednak miał inną koncepcję i, jak widzisz, wyjątkowo szybko ułożył bloczki fundamentowe i zalał gustownie betonikiem.
Bardzo podobał mi się stary kredens, którego dół będzie kiedyś zupełnie czymś innym, a góra zawisła nad blatem. Trzeba było dopasować wysokości do rozmiaru kafli, których nie chciałam ciąć, stąd konstrukcja z krzesłem i wiaderkiem po farbie, czy impregnacie, pasowały idealnie. Potem dopasowany został rozmiar drugiej szafki pod kupione na wyprzedaży w IKEI szuflady. Zapewniam, że działają :)
Ponieważ nie lubię równych ścian i kątów prostych - wyobraź sobie, jakie budowałabym pajęczyny, gdybym była Arachne :)) - maleńką szpachelką wyprodukowałam krzywizny z lekkiej zaprawy tynkarskiej. Możesz ocenić efekt na małym zbliżeniu. Lubię starocie, wiszą więc wszędzie, w kuchni też. Tarło do maleńkich marchewek z przedwojennymi inskrypcjami, szatkownica do kapusty, tabliczka rysikowa i kawałek piecowego kafla z nazwiskiem producenta. 
Nad piecem wiszą belki, do których przyczepiam kukurydzę, chmiel, miechunkę i suszę lubczyk w ilości hurtowej, bo wiesz, mąż, rosół, a on dalej ... i tak dalej, było w poście "po kiego grzyba", nie będę się powtarzać :)
Zanim wszystko stanęło tam, gdzie trzeba, zmalowałam na ścianie pierwszy fragment winogronowego pędu, przyjdzie moment, kiedy go skończę.
Wiesz, nie ma chyba fajniejszej rzeczy, niż robić to dla siebie, tak, jak się chce, własnymi rękami. Schować nowoczesność za kwiecistą zasłonką, albo ścianką z aniołami...wejść o poranku do pomieszczenia, w którym świeci słońce, na oknie rośnie wawrzyn, pachnie kępa towarzyszącego mu cynamonu, zioła nad piecem i parę dużych kęp rumianku... Jeszcze trochę zostało, deski na podłogę czekają, aż przeproszę się z heblem, wtedy dokończę klinkierowe cokoliki, a z okrągłych plasterków czerwonego marmuru ułożę mozaikę pod piecem..
A największą zabawą jest to, że w ogromnej większości robiłam to sama :)
Teraz to Moja kuchnia.
Zdjęcia końcowe za chwilę, bo jeszcze tyle mi zostało.
Uśmiechy znad kielni, młotka i majzla, malowane kilkoma rozmiarami pędzli :)



kuchenna piaskownica


tak szybko układa się bloczki fundamentowe

następnie uzupełnione betonikiem

 dopasowywanie bywa inspirujące

a szuflady działające


ściana krzywiuteńka

wstęp do końca z kominem obłożonym resztkami ręcznie robionej cegły

 nad umywalką anioł marki Marianna

początek winogrona, stół, ciepła lampa...

teraz to już prawie "Kolęda rozterek" Budki Suflera, przynajmniej we fragmencie...



wtorek, 20 listopada 2012

5000 razy....

Wczoraj przekroczyliście, moi mili, 5000 wejść w moją pisankę... Piszę ten blog od czerwca, czasem częściej, czasem rzadziej, jest tylko moim spojrzeniem na świat, jego odczuwaniem, dzielę się z Wami tym, co w poczochranej głowie siedzi. Niczego nie radzę, nie pokazuję rzeczy pożytecznych, nie szyję-gotuję-naprawiam na piśmie... a mimo to tyle osób chciało to czytać... Kolejny raz nie wiem, jak Wam podziękować, ale będę to robiła po każdym okrąglutkim wejściu :) Mam nadzieję, że mnie nie opuścicie  i postaram się, żeby kolejne wpisy, poza tym, że ja się wygadam :) wnosiły w Wasze życie chociaż ślad zastanowienia, na tyle wyraźny, żebyście zechcieli zajrzeć tu znów...
W ostatnim tygodniu odwiedziliście mnie z Polski, Niemiec, Rosji, USA, Malezji, Francji, Indonezji, UK, Brazylii, Włoch, Japonii... Kłaniam się wszystkim nisko, dziękuję z pokorą i proszę... zostawcie po swojej wizycie choć maleńki wpis :)


ostatnie tegoroczne róże dla wszystkich






Semper Fidelis

O mamo, otrzyj łzy,
Z uśmiechem do mnie mów-
Ta krew, co z piersi broczy,
Ta krew - to za nasz Lwów...

                  Or-Ot "Orlątko"

Nie, nie zapomniałam o 11 listopada. Ale to nie tylko ten dzień... Cały listopad to symbol walk o wolność, niepodległość i granice rodzącej się Polski. 
Dziś przypomnę ci dzieci, które historia nazwała Orlętami Lwowskimi. ! listopada 1918 roku rozpoczęła się  z Ukrainą wojna o wschodnią granicę Polski. Wśród obrońców polskiego Lwowa, czwartą ich część stanowiły dzieci poniżej 18 roku życia. Reprezentowali wszystkie warstwy społeczne. Czwartą część poległych w walkach...Jak na Westerplatte, do nieba szli czwórkami...
Ich symbolami  stali się 13-letni Antoś Petrykiewicz i rok starszy Jurek Bitschan, który 20 listopada 1918 roku napisał list do ojca:

" Kochany Tatusiu, idę dziś zameldować się do wojska. Chcę okazać, że znajdę na tyle siły, by móc służyć i wytrzymać. Obowiązkiem moim jest też iść, gdy mam dość sił, a wojska braknie ciągle do oswobodzenia Lwowa. Z nauk zrobiłem już tyle, ile trzeba było.
                                                                                Jerzy"

Poległ w ataku na koszary naprzeciw cmentarza Łyczakowskiego...

Antosia wspominał generał Roman Abraham:

" W moim oddziale Góry Stracenia walczył od pierwszych dni listopada uczeń II klasy gimnazjum, ś.p. Antoni Petrykiewicz, w wieku lat 13. W walce był nieustępliwy. Ciężko ranny pod Persenkówką 23 grudnia 1918 r. zmarł z ran w szpitalu na Politechnice."

Naczelnik Józef Piłsudski nadał mu pośmiertnie Krzyż Srebrny Orderu Virtuti Militari i do dziś pozostaje on najmłodszym kawalerem tego orderu.
Na jego nagrobku znajduje się napis:

Szer. Pietrykiewicz Antoni, lat 13, uczeń II klasy gimnazjum V z odcinka III Góra Stracenia, ranny 23. XII na Persenkówce, zmarł 16 stycznia 1919 r, kawaler Virtuti Militari, k krz. wal., odznaką rycerzy śmierci, odz. III, odc. Orlęta

Walki trwały do 21 listopada 1918 r. kiedy to przybyłe z odsieczą wojska pod dowództwem płk. Michała Tokarzewskiego-Karaszewicza, wyparły Ukraińców z miasta. Walki n a Małopolsce Wschodniej i na Wołyniu trwały jednak aż do lipca 1919 r. Zakończyła je zwycięska ofensywa wojsk polskich, w tym przede wszystkim sprowadzonych z Francji dywizji Armii Błękitnej gen. Hallera.

Imienni i bezimienni, przypomnę ci tylko kilku...

Jaś Dufrat, lat 12
Tadek Jabłoński, lat 14
Wilhelm Haluza, lat 15
Tadek Wiesner, lat 14
Ksawery Wąsowicz, lat 14
Józef Szczepański, lat 16
Jan Kłosowski, lat 15
......
Ostatnie Orlę Lwowskie, płk. Aleksander Sałacki, zmarł 5 kwietnia 2008 r. w wieku 104 lat


 "Jeśli zapomnę o nich, Ty, Boże na niebie, zapomnij o mnie" (Adam Mickiewicz)

 Antoni 


Jerzy

fot. z archiwum IPN

grób Jerzego

fot. http://solidarni2010.pl/1690-lwowskie-orleta.html


poniedziałek, 19 listopada 2012

stare kino

Ktoś kiedyś powiedział, że świat składa się z garstki faktów i całego bezmiaru możliwości, to moja wizja świata. Składam piękne chwile, obrazy, dźwięki w swój świat, to moje skarby. Jedyne fakty, w które mogę uwierzyć, wiesz, teraz budowanie zacznę od dymu z komina, to najtrwalsza konstrukcja. 
A w miasteczku małe kino, tęskniące za pianinem, widownią, zgaszonym światłem...z drobinkami kurzu, unoszącymi się w snopie światła z projektora, zapachem celuloidowej projekcji...porzucone, oszukane, magiczne... dawno temu, pod koniec studiów, któryś z wykładowców zapytał, co chcielibyśmy w życiu robić. Większość chciała robić filmy, ktoś nawet w Hollywood, ja chciałam mieć kino. Z galerią, spotkaniami autorskimi, przeglądami, takie kino, jakie miałam na wydziale, gdzie na sali siedziałam z filiżanką kawy, albo talerzykiem z kolacją. Kocham kino, ale nie lubię rozbierania filmów na drobne kawałeczki, choć potrafię to robić, chłonę film atawistycznie, całą powierzchnią ciała, wszystkimi zmysłami. Tak niewiele jest fimów pięknych, scen zapadających w najgłębsze czeluści duszy...wyśmiali mnie wtedy, pomysł był egzotyczny i nierealny, a przede wszystkim precedensowy, a to zawsze budzi opór. Dziś jest trywialny, kinoteatrów, współczesnych nickelodeonów (wartych ciut więcej, niż nickel...) jest mnóstwo.  I coraz trudniej znaleźć wśród nich to, co kiedyś było kinem, a nie komercyjną fabryką obrazu. Gdzie znajdziesz miejsce, w którym zobaczysz przedwojenne polskie filmy? Gdzie oglądać światową klasykę? Nawet na płytach ciężko kupić... Kolejna sztuka sprowadzona do parteru... Kolejny brak punktów odniesienia, bo nie znamy przeszłości.. 
Kiedy weszłam pierwszy raz na moje podwórko i weszłam do stodoły, zachwyciła mnie perspektywicznie :) Misia chciała tam wpuścić żyrafy, które noszą się na barana, a ja wstawić drewniane ławki, stare krzesła i fotele z podnóżkami z drewnianych pni, projektor, wielki stół z kwaśnym mlekiem i kompotem z owoców z sadu, placek drożdżowy z kruszonką i oglądać, oglądać... kino w stodole :) moje własne... Da Bóg, kiedyś się ziści, zaproszę cię wtedy na filmy z Mae West - "nosi pan w kieszeni rewolwer, czy aż tak się panu podobam?" tekst z "Lady Lou" z 1933r. i opowiem, czemu najpiękniejszą linią łączącą 2 punkty jest linia falista :) I jak to się stało, że zdjęcie w tańcu jednej, długiej rękawiczki w zmysłowym tańcu, działało na wyobraźnię bardziej, niż dzisiejsza nagość na ekranie. Pokażę ci najpiękniejsze pin-up girls i zrozumiesz, o co w tym chodziło. Albo scenę, w której Clark Gable zdejmuje koszulę pokazując nagi tors, co w rzeczywistym świecie doprowadziło do upadku firmy, zajmujące się produkcją i sprzedażą ... podkoszulków... 
A potem dostaniesz śpiewnik z tekstami ze starych, polskich filmów i obiecuję, że cię to zachwyci... A może konkurs na najciekawszą interpretację "Miłość ci wszystko wybaczy" Ordonówny... wiesz, z jakiego to filmu?
Wiesz, jest takie kino w Atlancie, które ma w repertuarze tylko jeden film... "Przeminęło z wiatrem", który grany jest od czasu premiery :) i świetnie działa do dziś... A co powiesz o filmie o jego realizacji? Dziś nigdy by nie powstał....
Chciałabym, żeby to było już, choć, jak zwykle, lubię równie mocno gonić króliczka, jak złapać go :)
Uśmiecham się do ciebie niewinnie prowokująco i tajemniczo :)



fourwallaxy.blogspot.com

niewinna prowokacja...


ukryta tajemnica  

środa, 14 listopada 2012

dove stone

Gołębia nie widziałam ani jednego :)
Ale miejsce nieprzytomnie piękne. Położone w dolinie, na skraju Oldham i Peak District National Park. To  zbiorniki, z których najmłodszy został  wybudowany w 1967r. do zbierania wody z okolicznych wrzosowisk. Szeroka aleja spacerowa wokół, łagodne podejścia, a do tego widoki, jak na zamówienie. Wzgórza, skały, wodospady, połacie wrzosowisk i wszędobylskie owce... Można spacerować, wspinać się, żeglować, z każdego miejsca inna perspektywa tych wspaniałości. I coś, co widziałam już w wielu miejscach na Wyspie - opisana ławeczka. W Beaumont Park jest rząd ławeczek z nazwiskami swoich sponsorów. W Pontefract - poświęcone pamięci tych, którzy odeszli. Tu z sentencjami. Nagle stają się ławeczkami-które-znaczą-więcej, jeśli wiesz, co mam na myśli :)
I jeszcze jedna rzecz, zapoczątkowana w 1999 roku - Las Pamięci, w którym, za opłatą, możesz posadzić drzewo poświęcone ukochanej osobie....Jest ich już ponad 700. 










wtorek, 13 listopada 2012

wrzosowiska yorkshire

Po drodze nad Morze Północne, na moją wyraźną prośbę, bo "Wichrowe Wzgórza" to jedno z moich ulubionych cudów tego świata, zatrzymaliśmy się na wrzosowiskach. The North York Moors to park narodowy, wielkości prawie półtora tysiąca kilometrów kwadratowych. Największe pola wrzosowe, jakie wymyśliła natura. "Wichrowe wzgórza" to jedyna powieść Emily Bronte. Zmarła, mając zaledwie 30 lat. Wiktoriańska córka pastora z Haworth, spętana gorsetem ówczesności, jak wiele naszych kobiet codziennością. Książka to wiatr z Yorkshire, wrzosowiska i miłość, silniejsza, niż śmierć. Nienawiść i zemsta. Jak blisko im do miłości... Powieść Emily Bronte to kwintesencja tego, co zobaczyłam. Już po kwitnieniu, spłowiałe, umierające kwiatostany, to marzenie o przedłużeniu gatunku, szalonym uczuciu, bez okowów moralności, konwenansów.. Miłości spełnionej i utraconej. Miłości wiecznej, odradzaniu się każdej jesieni, trwaniu w wieczności. Nie sposób nie myśleć tekstem Bronte w tym miejscu. Jak u Sheakspear'a, w "Romeo i Julii" starcie dobra ze złem, dwóch przeciwstawnych domów, Drozdowego Gniazda i Wichrowych Wzgórz, miłości przeciwnej wszystkiemu, co jej może zagrozić i co może ją spełnić. Moje wrzosowiska są posępne,opętane świszczącym wiatrem, listopadowo  umarłe... 
Powiesz, że to romansidło, powieść dla bab? Przeczytaj i raz w życiu daj się ponieść szaleństwu :) ....






navigare necesse est...

Cóż mogę ci powiedzieć o morzu... Jest. Perfekcyjnie doskonałe. Staję w miejscu, gdzie fale kończą swoją gonitwę i trwam. Muszle, kamyki, piasek, strzępy wodorostów i zapach - zimne morza pachną najpiękniej. Wiesz, stojąc na brzegu, brodząc w wodzie, patrząc i czując przestrzeń wokół siebie, zaczynam ładować akumulatory na zwykłą codzienność. Mój świat jest bardziej hermetyczny, ograniczony obowiązkami, domami, miejscami, ludźmi, zapętliłam się w życiu i gdyby nie morze, nie ogarnęłabym przestrzeni nieskończonej. A to daje poczucie dystansu do siebie, kłopotów, spraw wielkich, które okazują się błahe. Bo jakież mogą być w obliczu bezkresu... 

Plaża w Scarborough nad Morzem Północnym
tuż przed przypływem







środa, 31 października 2012

halloween

Jestem w miejscu, z ktorego to swieto sie wywodzi. Sklepy, wystawy, ulice pelne sa szkieletow, wampirow, diablow, slodycze upiorne i dynia na oknie czekaja na dzieci, choc wolalabym je zaskoczyc i zazadac psikusa :)
Tu mi nie przeszkadza, nie jest z mojej bajki, jak caly ten swiat, ale jest czescia tej rzeczywistosci, tradycji i przeszlosci. Swiatem staroceltyckim. W domu to co innego. Ciagle nie umiem pojac, dlaczego tak latwo rezygnujemy ze swojej tradycji, przyjmujac kulturowo obce zachowania. Walentynki w srodku mroznej zimy, a nie Noc Swietojanska w czerwcu. Opowiadalam ci, ze w Rozumicach po raz pierwszy widzialam tej nocy robaczki swietojanskie? Lata ich kilka milionow, swieca swoimi magicznymi latarenkami, szukajac tej jedynej. Kolo 22-giej lapalysmy je z Misia, okazalo sie, ze to zwykly, maly chrzaszcz, mala byla rozczarowana, patrzyla z obrzydzeniem. Powiedzialam jej wtedy, ze tak juz w zyciu jest, to, co niepozorne i brzydkie, moze sie okazac piekne i magiczne, bo ma ukryty blask... 
Halloween zamiast Dziadow. A przeciez to staroslowianska tradycja. Tak podobny kontakt z zaswiatami... Obchodzone bylo 2 razy w roku, w okolicy 2 maja i 2 listopada. Pierwsze, wiosenne, czcilo zaswiaty gorne, bedace we wladaniu bostw niebianskich. Drugie, zaswiaty dolne, w czasie ktorego przywolywano dusze zmarlych i zaopatrywano je na dalsza droge. Zostawiano na noc uchylone drzwi i furtki, zeby duszyczki trafily pod dach. W nocy, z pierwszego na drugiego listopada, odbywala sie uczta Dziadowska, zwana tez uczta kozla, prowodyrem byl geslarz i czlowiek w rogatej masce. W uczcie brali udzial tylko zebracy i starcy, ktorzy jedna noga byli juz w zaswiatach. Dziadowie imiennie wzywali duchy, ktore zywi zaopatrywali na dalsza droge z dolnych zaswiatow do gornych, zwanych Wyrajem. Zywi nie brali udzialu w przygotowanej przez siebie uczcie, o zachodzie slonca zas palili za to ognie na grobach, zeby dusza wraz z dymem i sloncem mogla udac sie do Wyraju.  Dzis mamy znicze i swiece... Do dzis nad cyganskimi grobami w miescie, w ktorym wyroslam, urzadzane sa uczty, w czasie ktorych zywi dziela sie jedzeniem i piciem ze zmarlym, kruszac na grob chleb, polewajac wodka...To swieto, w ktorym granica miedzy zyciem i smiercia jest najciensza, kiedy zywi i umarli sa wspolna czescia wiecznego Swietowitu.
Kult zmarlych istnial zawsze, w kazdej kulturze. Przyjecie chrzescijanstwa zmienilo troche obyczaje, z czesci rezygnujac, czesc przyjmujac. Dzisiejszym odpowiednikiem Dziadow sa Zaduszki, kiedy modlimy sie za-dusze przebywajace w czysccu. Zapoczatkowal je opat Odylon w 998 roku. W 1915 roku papiez Benedykt XV zezwolil, zeby kazdy ksiadz mogl odprawic tego dnia 3 msze: z polecenia wiernych, za dusze zmarlych i wedlug intencji papieza.
Dzis w wielu miastach odbywaja sie Noce Swietych, w czasie ktorych wierni gromadza sie w kosciolach wieczorem, czuwajac przy relikwiach i odprawiajac modly, a coraz czesciej przechodzac tez w procesjach, ktorych poczatek tez siega czasow staroslowianskich.
I jeszcze jedno. Zapomnij, prosze, o Swiecie Zmarlych... To nazwa wprowadzona wtedy, co nasza era. Nie ma czegos takiego, to proba laicyzacji rzeczy odwiecznie swietych. A ze zwyczajow anglosaskich wez lepiej przed- i po Chrystusie, bo to jest ta magiczna cezura, dzielaca wieki w roku zerowym....
Zycze ci spokojnego kontaktu z przeszloscia :)


swiatelko z wnetrza dyni tak naprawde pochodzi od szatana :)
zdjecia Kasi