Liczba wyświetleń

niedziela, 26 sierpnia 2012

konfirmacja

Mówiłam ci już, że długo, za długo mieszkałam tu sama. Pracowałam wtedy w Katowicach, jeździłam tam raz w tygodniu na 2 dni, resztę czasu spędzałam w domu. Zima nadeszła nagle, taka, jaką pamiętam z dzieciństwa, kiedy cały świat był wysoki i duży. Ogromne zaspy, mróz i silny wiatr i tak przez wiele tygodni nie odpuszczała, kury stanowiły jedną wielką kupę kur, siedziały wtulone w siebie w ogromnej ilości słomy. Piec wiecznie głodny, z okien wiało.. Chodziłam w narciarskich spodniach i zaznaczałam miejsca, które wiosną trzeba na pewno naprawić i uszczelnić. Jadłam orzechy z miodem, maliny, które latem wpakowałam do słoików, mleko od krowy, jaja od kury (jedno na tydzień, na całe 16-sztukowe stadko...), oglądałam filmy, czytałam książki, które latem miałam czas tylko kupić i czekałam na słońce. Lekką złość na zepsute auto, brak telefonu (ponad 2 lata nie mogliśmy się doprosić, podobno linii brak!), Marysia daleko, brak biblioteki, kina, rozładowywałam porządkami na strychu. Niewiarygodne składowisko nie-wiadomo-czego. Myślę, że to jak na allegro, jeśli czegoś nie ma, to to po prostu nie istnieje. I odkrycie - świadectwo konfirmacji z 1892 roku. Niesamowite, dom jest dobre 50 lat starszy, niż wpisano nam w akcie notarialnym....Dużo później okazało się, że to świadectwo dziadka pani Elsbeth.... Potem udostępniono mi kronikę wsi, w której znalazłam zdjęcie naszego domu sprzed pierwszej wojny. Wyobraź sobie, fotograf stał krok dalej niż ja, kiedy robiłam pierwsze zdjecie domu, jeszcze przed kupnem, niemalże ten sam kadr, przed wejściem stoi mężczyzna, mniej więcej w moim wieku, obok jego żona, w długiej do ziemi spódnicy, obok dwóch chłopaków w wieku mojej Kasi. Pokazywałam ci już te zdjęcia w poście o domu. Dobrze wiedzieć, że ludzie przede mną mieli twarze, usmiechali się, pozowali do zdjęć, żyli... nie są tylko nazwiskiem na liście. Może i ja dla kogoś kiedyś będę częścią jakiejś większej całości?



1 komentarz: